I okazało się, że narodziny polskiego show businessu to była rzecz nie mniej dzika niż nowa wówczas alternatywa, którą Rafał Księżyk opisał w swojej książce Dzika rzecz.
Paradoksalnie one były jeszcze dziksze niż scena alternatywna. Panowało „oszołomstwo” – to było wtedy modne słowo – jedna wielka, totalna improwizacja. Coś więcej niż jazz – totalny free jazz. Andrzej Puczyński założył wytwórnię, bo musiał gdzieś wydawać rzeczy ze swojego studia nagraniowego [Izabelin], a komunistyczne firmy padały. Kościk [Marek Kościkiewicz] - bo żadna firma państwowa nie mogła mu zaoferować wydania pięciuset sztuk kompaktu. I chociaż uchodził za złote dziecko, a De Mono odniosło wielki sukces ze swoją pierwszą płytą, i tak musiał pożyczyć hajs, żeby wydać pół tysiąca sztuk płyty Oh Yeah! Oni po prostu chcieli to robić.
Ta historia jeszcze mocniej uświadomiła mi, że w latach dziewięćdziesiątych ludziom się chciało. To nie było gadanie o projektach, nawet nie znaliśmy słowa „projekt”. Wszyscy pracowali z dnia na dzień, bez żadnych biznesplanów. Zresztą jak robić biznesplany, skoro inflacja osiągała kilkaset procent? Nie można było niczego planować, bo nie wiadomo było, ile coś będzie kosztować pojutrze. Totalne szaleństwo. Muzycy alternatywni, którzy uprawiali wolną sztukę, byli bardziej zdyscyplinowani niż ci szaleńcy. Nie lubię używać słowa „sztuka”, ale gdyby nie to szaleństwo, tej sztuki by nie było.
Nie podejrzewam, że fascynowałeś się muzyką De Mono, Big Day czy Justyny Steczkowskiej.
W tej książce chciałem uniknąć czegoś, co robiłem zawsze, czyli krytyki, publicystyki. Interesowały mnie cyfry. Nigdy nie interesowała mnie Edyta Górniak, chociaż, pracując nad książką, uświadomiłem sobie, że jestem dumny z drugiego miejsca Polki na Eurowizji. A z tego, co słyszę, mogła zająć miejsce pierwsze, gdyby nie Kubiak [Wiktor Kubiak, przedsiębiorca, menadżer i mecenas muzyki]. Postanowił przegiąć, bo wydawało mu się, że jest tak silny, jak Eurowizja, a nawet silniejszy. Kazał jej zaśpiewać fragment To nie ja po angielsku, łamiąc tym samym ówczesny regulamin. I z tego powodu kilka krajów na nią nie zagłosowało. A to był świetny występ.
Big Day mnie interesował, bo pojawiał się wszędzie. Ciekawe było to, że zespół nagle zniknął. Zresztą, gdy pytałem rozmówców o niewykorzystane szanse, zawsze się przewijał. To był zespół, który miał hity, był popularny, budził sympatię. Nawiązywał do polskiej tradycji bigbitu, a z drugiej strony – do brytyjskiej fali popowej psychodelii w stylu Kula Shaker, i to na parę lat przed Kula Shaker. Byli trochę retro, więc też wyprzedzali modę, która miała nadejść na początku lat dwutysięcznych, i paradoksalnie byli zespołem nowoczesnym. A i tak głównie kojarzymy Dzień gorącego lata. Zaskakujące, że to był łabędzi śpiew tego zespołu. Pojawił się na jego czwartej płycie, więc wydawałoby się, że po takim hicie piąta zmiecie konkurencję. A tu dupa. Postanowiłem sprawdzić, dlaczego, bo chciałem też pokazać, że oprócz bohaterskich historii wytwórni były też dramaty ludzi, w których rozbudzono nadzieje i którzy zostali kopnięci. Tak jak Latawce, Golden Life czy Yaro.
Big Dayowi z premedytacją stworzono sytuację, w której musieli zerwać kontrakt, bo chciano ich poniżyć. Golden Life z kolei przemęczono. Inna sprawa, że oni wcześniej popełnili błąd: skusili się na szybką kasę i poszli do pirackiej wytwórni. Tam zobaczyli, że romans z piractwem to krótka zabawa i wrócili do Zic Zaca. Mieli też pecha, bo ich największy hit Oprócz błękitnego nieba nie pasował do reszty tej energicznej trójmiejskiej muzyki. A potem jeszcze wydarzył się wypadek w stoczni [pożar hali w Stoczni Gdańskiej z 24 listopada 1994 roku] i zaśpiewali o tym kolejną smutną balladę. Grupa, która na początku była synonimem pozytywnego grania, zaczęła być kojarzona jako zespół pełnych zadumy ballad.
Ale okazało się przecież, że w Polsce tego właśnie chce się słuchać.
No, niestety. Kościk, czyli facet, o którym wszyscy mówili, że był najlepszym A&R-owcem [dział w firmach muzycznych zajmujący się poszukiwaniem obiecujących artystów i rozwijaniem ich karier] w latach dziewięćdziesiątych, mówi, że Polska jest krajem ballad. I jeśli spojrzysz na to, co się działo wtedy na listach przebojów, to tam są w większości te smętne, wódczane klimaty. Przecież O.N.A. też wybuchło dzięki takiej piosence, bluesowym Drzwiom. Teraz młode piosenkarki też mają takie rozdzierające piosenki i to one właśnie najczęściej stają się hitami.
Jak to świadczy o słuchaczach?
Taki nasz gust narodowy. W ’97 albo ’98 roku robiłem wywiad z Marylą Rodowicz, to było w czasie, gdy hitem był numer Nie stało się nic Gawlińskiego. Gadamy sobie z Rodowicz, jest bardzo sympatycznie, a ona w pewnym momencie mówi: „Niech pan zobaczy, jaka to fajna piosenka! Bardzo żałuję, że nie mam takiej, bo to takie fajne, durowe, ruskie granie!” Takiego określenia użyła. Polacy lubią biesiadę, te smętne ballady, choćby Niech żyje bal. Sam mam z tym problem, bo każda impreza mojego pokolenia, czyli dzisiejszych pięćdziesięciopięcio-, sześćdziesięciolatków, szybko wkracza w rejony smutnych songów Pearl Jam. Jest browar, są jointy, a z głośników słychać, jak Eddie Vedder rozpacza nad ludzką egzystencją i losami świata.
W książce jest wspaniała wypowiedź producentki Biljany Bakić, w której mówi, że kiedy przyjechała z Nowego Jorku do Polski, natychmiast wyczuła, że wszystko tu brzmi tak samo. Że ignorujemy całą falę nowej muzyki techno i acid house, która się zadziała na Zachodzie. Ciągle słuchamy tej smuty, stoimy w miejscu.
Tak! Byłem zachwycony rozmową z Biljaną. Ona bardzo lubi Polskę. Mogła wyjechać, ale została, bo chciała. Potrafi trzeźwym okiem spojrzeć na to nasze słuchanie. Zresztą też jest Słowianką, więc rozumie nas lepiej niż anglosasi. Kiedy została szefową polskiego oddziału BMG, próbowała zmienić klimat Polski. Miała wielki udział w pracy nad duetem Kayah z Goranem Bregoviciem, w następnej epoce lansowała Yugotony [bliźniacze albumy Yugoton (2001) i Yugopolis (2007), na których polscy muzycy wykonują jugosłowiańskie przeboje].
Przytaczasz w całości recenzję nieudanej płyty Maanamu Klucz, w której Księżyk pisze: „W polskich realiach masowość oznacza (…) zaprzedanie pióra tanim wzruszeniom, emocjonalne spłycenie, kokieterię na poziomie niemieckiego pisma dla kobiet, niewadzenie nikomu, uproszczenie do szablonu”. Zgadzasz się?
Nie do końca. Najlepszym przykładem jest tu chyba Dziewczyna szamana. Im dłużej o niej myślę, tym bardziej sądzę, że jest chyba najlepszą polską płytą lat dziewięćdziesiątych. Tyle że dla mnie to album Grzegorza Ciechowskiego. Steczkowska potrzebowała oprawy, więc Ciechowski został wynajęty i zrobił wszystko, łącznie z tekstami, które napisał jako Ewa Omernik. To była próba trzymania się tych polskich melancholijnych klimatów i połączenia ich z czymś aktualniejszym, żeby nie było aż tak smutno, wódczano-melancholijnie. Dziewczyna szamana to właściwie trip-hop połączony z tradycją Demarczyk. Ale w końcu i tak większym hitem okazała się Biała droga, w której Urszula smuciła się nad koksem. I jeszcze Na sen, czyli piosenka o samobójstwie po rozstaniu. To jest problem naszego mentalu. Pisząc książkę, co jakiś czas musiałem robić sobie przerwę od polskiej muzyki, żeby nie wpaść depresję. Włączałem sobie wtedy najczęściej Connected Stereo MC’s i myślałem: „Kurde, to najlepiej oddaje puls lat dziewięćdziesiątych”.

Przerabianie od nowa wszystkich tych polskich przebojów wywołało w tobie nostalgię za tymi czasami?
Nie, w ogóle. Nie jestem typem nostalgicznym. Ale doceniam, co wtedy osiągnęliśmy, bo przecież to w tamtej dekadzie powstał cały nowoczesny przemysł muzyczny. Tyle że rozkwitał dość krótko.
No właśnie, bo mówimy o tych gwiazdach – Justynie Steczkowskiej czy Edycie Górniak – a zostały po nich dwa przeboje na krzyż. To im jednak nie przeszkodziło zbudować na tym dorobku kolejnych dekad dochodowych karier, które trwają do dzisiaj.
Ten temat jest omijany szerokim łukiem w opowieściach wykonawczyń i wykonawców z tamtych lat, ale oni – generalnie – zarabiali bardzo dobre pieniądze. Przede wszystkim z tantiem. Przecież ich płyty sprzedawały się bardzo często w kilkusettysięcznych nakładach, a piosenki były bez przerwy grane w radiach. Stacji radiowych było około dwustu. Edyta Bartosiewicz sama mówiła, że poinwestowała jakieś pieniądze. Nie wiem, jak inaczej by przetrwała. Później miała kilka dobrych strzałów, na przykład zaśpiewała piosenkę do filmu Disneya [Kubuś i przyjaciele z 2011] i dostała kilkaset tysięcy dolarów. W latach dziewięćdziesiątych nagrała dwie znakomite płyty, czyli Sen i Dziecko – te pozostałe nie przetrwały próby czasu. Zresztą ludzie nie pamiętają całych płyt, tylko trzy czy cztery piosenki. Kiedy w radiu lecą utwory Heya, to z kolei raczej te nowsze, ze starych może Moja i twoja nadzieja.