Szwajger / Sroczyński

Chcemy grać jak nikt przed nami

Wywiad

fot. Wojciech Nurek

Gliwicka Alternatywna Scena to wdzięczny temat, bo łatwo ją objąć miejscem i czasem. Później oczywiście też się coś działo, ale nie było już takiego fermentu – mówi Szymon Szwajger w rozmowie z Mateuszem Sroczyńskim.

Mateusz Sroczyński: Na ile Gliwice rzeczywiście są „nienormalnym miastem”, a na ile tytuł jest po prostu zgrabnym nawiązaniem do Nienormalnego świata – sztandarowego numeru Śmierci Klinicznej? W książce raczej nie wnikasz zbyt głęboko w samą atmosferę Gliwic.

Szymon Szwajger: To znaczy, że coś mi nie wyszło, bo chciałem, żeby trochę tej atmosfery wybrzmiało przynajmniej gdzieś w tle. O tym, że ferment muzyczno-towarzyski w Gliwicach był dość specyficzny, przekonałem się dopiero wtedy, kiedy wyjechałem z Gliwic na studia do Katowic. Niby niedaleko, ale to było zderzenie z zupełnie innym mentalem, środowiskiem. Wtedy do mnie dotarło, że to, co się wokół Rynku i Gwarka [gliwicki klub studencki będący centrum sceny opisanej w książce Szwajgera – przyp. MS] kłębiło, było wyjątkowe. Natomiast jeśli chodzi o sam tytuł, to miał być po prostu chwytliwy, wpadający w ucho, miał fajnie brzmieć. Nie chciałem jednak, żeby to był wprost Nienormalny świat. To wydawało mi się słabe i mogło sugerować, że to będzie książka o Śmierci Klinicznej, a nie jest.

Zgoda.

Myślałem o Nienormalnych Gliwicach. Parę osób mi zasugerowało, że może to niekoniecznie dobry pomysł, bo ktoś może go wziąć dosłownie i pomyśleć sobie, że źle piszę o naszym kochanym rodzinnym mieście. Grażyna, żona Darka Duszy, powiedziała: „To zróbcie Nienormalne miasto”. Zostało więc nawiązanie czytelne dla tych, którzy znają Śmierć Kliniczną, jednak idące dalej. Ta nienormalność była zresztą fajna, twórcza i kolorowa, bo stała w kontrze do ponurej normalności lat osiemdziesiątych. Ale tę interpretację dopisałem sobie później, na początku tytuł miał po prostu dobrze brzmieć i intrygować.

Pewna wyjątkowość Gliwic objawia się w relacjach lokalnych subkultur, które spotykały się na Rynku. Dla punkowców, nowofalowców i rastamanów to był, jak piszesz, „wodopój” – przestrzeń do pokojowego współistnienia.

To się zmieniało, bo inaczej wyglądało to na początku lat osiemdziesiątych, których nie pamiętam, ale później, w latach dziewięćdziesiątych, ta pokojowa koegzystencja zniknęła. Nastąpiła eskalacja przemocy, na ulicach zrobiło się niebezpiecznie. Pewnie nie tylko w Gliwicach rynek był miejscem, w którym toczyło się życie. Ciągnęła tam wszelka kontrkultura, przesiadywała całymi godzinami, więc mogłeś poznać ciekawych ludzi, którzy wyglądali inaczej niż inni. Pod warunkiem, że wcześniej lokalne społeczeństwo cię nie pogoniło.

Różnice między wszystkimi tymi prądami nie były tam wtedy chyba tak ostro zarysowane?

Wtedy jeszcze nie były. Skoro już to wywołujesz, dodam, że trochę celowo skończyłem książkę w tym punkcie, w którym skończyłem. Później do głosu doszła niestety największa w Polsce, jeśli nie nawet formatu europejskiego, narodowosocjalistyczna gwiazda muzyczna, czyli Honor. A to przecież byli chłopcy, z którymi wcześniej towarzysko spotykaliśmy się na Rynku. Do pewnego momentu byli naszymi kolegami. Przemilczałem ten wątek z pełnym rozmysłem. Nie chciałem im dokładać cegiełki do sławy, i tak już zbyt dużej. Poza tym to wykraczało poza ramy czasowe zjawiska, jakim była Gliwicka Alternatywna Scena.

Ludzie tworzący tę niesławną scenę nazistowską naprawdę funkcjonowali wcześniej wokół środowiska GAS-u?

Tak, wtedy zaczynali się uaktywniać. Opisuję w książce historię, kiedy Moskwa została pobita przez nich po koncercie. To był ’89 rok, tej starej załogi punkowej w zasadzie już nie było, bo wciągnęło ich życie i meblowali sobie dorosłość na różne sposoby. Ciągłość środowiska się urwała i rzeczywiście zrobiło się mniej przyjemnie. Początek lat dziewięćdziesiątych był dość specyficzny o tyle, że ci wszyscy skinheadzi i naziole przychodzili na punkowe koncerty. Pamiętaj, że oni byli wcześniej punkami, więc zawsze ktoś tam ich znał, nie bardzo wiadomo było na początku, jak reagować. Dopiero później przemoc eskalowała tak mocno, że przestali być wpuszczani na koncerty. Chodzenie na nie stało się sportem ekstremalnym. Nigdy nie wiedziałeś, jak to się skończy. Ale to już była kolejna dekada, nie chciałem o niej pisać. GAS była fajna do opisania, bo miała swój wyraźny początek i koniec, trwała mniej więcej dziesięć lat.

Tworzyła ją wielka piątka: Śmierć Kliniczna, R.A.P., Brzytwa Ojca, Absurd i Processs, ale sygnalizujesz jeszcze istnienie grupy Attack. Większość z nich, nie licząc epigonów robotniczego punka w stylu The Exploited, była wyjątkowo chimerycznymi tworami. Zaskakujące, jeśli porównać to sobie na przykład z Rzeszowem, który zbudował scenę na jednej płycie. Nowa fala, reggae, dub, gdzieś tam wystaje free jazz, funk, psychodelia. Chłopaki uczyli się śpiewać na bigbitowych przebojach. To był efekt tej swobodnie przenikającej się na Rynku różnorodności?

Niekoniecznie bym to wiązał z koegzystencją subkulturową. Pomijam, że w ogóle słowo subkultura mnie drażni, bo kojarzy mi się z opisami jakichś więzienno-kryminalnych sytuacji. Wolę patrzeć na GAS, i w ogóle na punka, jak na element kultury – może chropowaty, kanciasty, czasami nieudolny, ale ważny. Może i miał w sobie motywy chuligańskie, czy raczej łobuzerskie, ale przy tym mocno pobudzał życie w mieście, to widać wyraźnie z perspektywy czasu. Ważniejszy dla wspomnianej przez ciebie różnorodności jest raczej fakt, że Gliwice są miastem akademickim. Działały kluby studenckie. Jeśli grało tam Laboratorium, ludzie szli na Laboratorium. Grał Tomasz Stańko, bracia Ścierańscy. Śmierć Kliniczna to nie był zespół, który powstał dlatego, że ktoś usłyszał punk rocka, więc postanowił założyć kapelę, kupił sobie (albo wystrugał) pierwszą gitarę i dopiero uczył się grać. Było odwrotnie i myślę, że to ich wyróżniało. To byli ograni muzycy, szlifowali sobie paluchy na różnych standardach. Dopiero potem zaczęli grać punk rocka. W zasadzie to był od razu postpunk.

To raczej naturalne. Do Polski najpierw trafiła nowa fala, a dopiero później ten prosty punk w stylu Sex Pistols.

No tak, z drugiej strony Pere Ubu czy Cabaret Voltaire zaczęli grać postpunka jeszcze przed właściwym punkiem. Mam przekonanie, a Darek Dusza potwierdził mi tę intuicję, że gdyby Śmierć Kliniczna wystartowała później, na pewno nie wywarłaby takiego impaktu.

W ’82 roku jarocińska publiczność była bardziej otwarta na nowe niż już dwa czy trzy lata później, kiedy punk okrzepł i stał się kolejnym stylem. A podejście „chcemy grać jak nikt przed nami” zostało zastąpione przez „chcemy grać jak nasz ulubiony zespół”.

Trudno mi powiedzieć, skąd to ich kombinowanie z różnymi dźwiękami dokładnie wynikało, ale z pewnością nie bez wpływu były giełdy płyt w Gwarku i dostęp do muzyki.

Skąd tak silna fascynacja reggae w Gliwicach? Prawie wszystkie zespoły to złapały.

Przeczytałem gdzieś takie sformułowanie, że punk to po prostu reggae dla białych ludzi. O ile dobrze pamiętam, to cytat z któregoś z brytyjskich muzyków pierwszej fali punk rocka. Oni wszyscy słuchali i lubili reggae – pierwsze i oczywiste skojarzenie to The Clash, ale wielkim znawcą i koneserem gatunku był też John Lydon. Ta muzyka nie była prog rockiem, była buntownicza, a przy okazji fajnie bujała. Z czasem się to rozpłynęło, rozmyło, a reggae zaczęło być w Polsce kojarzone z obciachem.

No tak, ale w Wielkiej Brytanii bezpośredni kontakt z jamajskimi rastamanami był możliwy. Udało ci się zlokalizować jakieś źródło, dzięki któremu reggae przeniknęło do Gliwic?

Któryś z chłopaków mówił, że Marek Wiernik po prostu puścił któregoś razu The Ruts w Trójce. Ruts to była wielka fascynacja dla tej załogi, pojawia się u wszystkich moich rozmówców jako najbardziej kultowy zespół. Był też łącznik w postaci Jacka Szafira [wokalisty i perkusjonalisty Śmierci Klinicznej – przyp. MS], którego pamiętam jeszcze z harcerstwa. Gdy byliśmy w podstawówce, trafiłem do zastępu druha Szafira i on już wtedy był encyklopedią reggae. Chodził i śpiewał głośno Marleya, zarażał tym. Widać było, że to cały jego świat.

A jednak, jak wynika z twojej książki, wydarzeniem, które szczególnie wstrząsnęło sceną gliwicką, był koncert industrialnych performerów z Test Department w 1985 roku. Ciekawe, że te echa industrialu rezonowały w mieście dużo później, bo dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Mam na myśli przede wszystkim działalność Tomasza Twardawy.

To też była postać z Rynku. Ale już w połowie lat osiemdziesiątych zespół Teatr Uliczny, o którym też piszę w książce, grał muzykę industrialną wychodzącą od fascynacji Birthday Party. Tomek też się z tego wziął. Pierwszy skład Zilchu powstał w 1987 roku. Oczywiście mam na myśli skład gliwicki, bo wcześniej Zilch grał jako zespół Marka Kamieńskiego. Już wtedy Tomek był pochmurnym chłopakiem w czarnym prochowcu. Drążył głębiej i głębiej, aż w końcu doszedł do muzyki konkretnej. Ostatnie płyty nagrywał na instrumentach, które sam zbudował, więc bardzo poszedł w elektroakustykę. Byłem przy tym, bo przez jakiś czas grałem z Tomkiem w Godzilli, słychać mnie na pierwszych kasetach, a równolegle w Rottweilerze. Ale nie chciałem pisać o sobie, bo raz, że to znowu wykraczało poza ramy czasowe książki, a dwa, że wydawało mi się to głupie i krępujące.

Wspomniałeś już kilka razy o Gwarku – gdy rozmawiałem z Rafałem Księżykiem, wielki wpływ tamtejszych giełd płytowych odnosił również do siebie, bo tam właśnie po raz pierwszy zobaczył płytę Tago Mago Can. Domyślam się, że giełda była głównym tworzywem formującym scenę.

Tak, dzięki tej giełdzie płyt nie istniała banieczkowość w słuchaniu muzyki. Chłonęło się wszystko, więc to było naturalne, że słuchałeś Birthday Party i Boba Marleya. W Polsce nie było wielu takich miejsc. W Warszawie Hybrydy, Stodoła, we Wrocławiu Pałacyk. W Krakowie coś było?

Słynna giełda płyt w klubie Pod Przewiązką.

No właśnie. W radiu miałeś trzy programy i byłeś skazany na gust redaktorów, a dzięki Gwarkowi dostawałeś dostęp do nowego źródełka. Dopiero po latach to doceniłem. Gdy ktoś znalazł tam coś fajnego, szedł po środowisku szmer i zaczynało się przegrywanie, wymienianie. Tak to działało.

Mimo wszystko załoga gliwicka bez żadnych kompleksów fascynowała się muzyką, którą nowa fala odrzucała. Nie dało się uniknąć wpływu Trójki?

Cały czas mówimy o dekadzie, więc to się oczywiście przez te lata zmieniało. Natomiast panowie ze Śmierci Klinicznej przyznają się do Cream i Shadowsów. Pod koniec lat siedemdziesiątych łatwiej było jednak trafić na takie płyty, ale i Trójka na pewno była trochę winna, choć to słowo należałoby wziąć w cudzysłów. Trzeba pamiętać, że oni mieli wtedy po 19 lat, więc fascynacje mogły się zmieniać z tygodnia na tydzień. Punk był wciąż stosunkowo świeży, więc to naturalne, że trafił na grunt położony przez wcześniejsze rzeczy. Tak jak z tym nieszczęsnym KSU, które podobno zawsze chciało grać jak Black Sabbath.

Udało ci się dotrzeć do genezy gwarkowych giełd?

W książce ślizgam się tylko trochę po prehistorii Gwarka, bo nie jest istotna dla głównego wątku, natomiast giełdy istniały od głębokich lat siedemdziesiątych. Wszyscy wspominali, że one tam były tak naprawdę od zawsze. Myślę, że to jest zasługa środowiska jazzowego, które kręciło się między Gwarkiem a Śląskim JazzClubem.

Gdy wspominasz o muzycznej tradycji Gliwic, wskazujesz właśnie na jazz i festiwal Boom Jazz, który wystartował w 1973 roku. Lokalna scena jazzowa wchodziła w jakieś relacje ze środowiskiem GAS-u?

Tak. Mijali się w tych samych salach prób, więc siłą rzeczy były jakieś przecięcia towarzyskie. Od Krzysztofa Kobylińskiego, który w tej chwili robi festiwal PalmJazz, Śmierć Kliniczna pożyczała na początku wzmacniacze. Pojawia się też postać Duńka Majewskiego, który z JazzClubu przeszedł do Gwarka. Stąd się wziął wymyślony później przez Wojtka Kurdziela festiwal Nowa Fala w Jazzie i Rocku. To była wtedy jedyna taka rzecz, w której jazzowe składy grały na zmianę z punkami i to działało.

I być może jedyna, która aspirowała do tego, żeby to połączenie utrwalić, skoro choćby Śmierć Kliniczna weszła w komitywę z kręgiem off jazzu z Częstochowy.

Na pewno to się z tego trochę wzięło. Mówimy o Śmierci, ale u tych młodszych kapel w rodzaju Brzytwy Ojca jazzowych fascynacji już nie było. No ale był pewien etos – choć może to jest za grube słowo – szlifowania, doskonalenia warsztatu. Przeświadczenie, że trzeba umieć grać. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych to już w punk rocku nie było powszechne. Zaczęła się fala punkopolowych zespołów, które grały i śpiewały bardzo siermiężnie. Tego na szczęście w Gliwicach nie mieliśmy. Wyjdzie ze mnie może lokalny szowinista, ale uważam, że to naprawdę fajna wartość.

Inne zespoły czuły wewnętrzny imperatyw, żeby próbować dogonić Śmierć Kliniczną?

Mam taką teorię, ale nikt mi jej nie potwierdził. Choć kiedyś rozmawiałem ze świętej pamięci Andrzejem Mierzwą z Processsu, który mówił, że Śmierć była dla niego jakimś wzorem. Był w mieście zespół, który nagle zrobił się głośny, znany. Puszczało go radio, był taką miejscową lokomotywą, socjometryczną – i nie tylko socjometryczną – gwiazdą. Pewnie podświadomie wyznaczał pewien horyzont, poprzeczkę, do której się równa. Śmierć zdecydowanie zrobiła swoje. Processsowi na przykład później też udało się przebić do szerszej świadomości, bo wystąpił w dokumentalnym filmie Moja krew, twoja krew nakręconym dla BBC.

Kręconym w dużej mierze w Jarocinie, chociaż Processs nagrano akurat poza festiwalem. Natomiast zaskoczyło mnie, że bardzo poważnie traktowanym kierunkiem ekspansji GAS-u był festiwal Fama.

Mnie też. Dla mnie to było kompletną nowością. Kojarzyłem ten festiwal ze Starym Dobrym Małżeństwem, Wolną Grupą Bukowina i wszystkimi tymi swetrowymi bardami. A okazało się, że z tego, co mi panowie mówili, to było znaczące miejsce, jeśli chodzi o poznawanie ludzi i sprawy, które z tych kontaktów potem wynikały. To wszystko brało się z Famy, a nie z Jarocina. Choć Pawła Karpińskiego muzycy Śmierci Klinicznej poznali w Jarocinie – ale i tu przydatne okazały się środowiskowe, właśnie studencko-famowe kontakty Wojtka Kurdziela, menadżera kapeli. Ale już na przykład Jerzy Fedak nakręcił teledysk Processsu, bo spotkał się na Famie z Pawłem Tyrakowskim, ich menadżerem. To było bardzo zaskakujące.

A czy podczas wyjazdów gliwickich zespołów w Polskę dochodziło do połączeń na miarę Śmierci z off-jazzowcami? Załoga z Brzytwy Ojca wspomina zwłaszcza wypad na zacofaną wtedy muzycznie Lubelszczyznę, do Zamościa, ale nie rozwija tego.

W Zamościu odbył się koncert Brzytwy Ojca i zespół miał tam fajne przeloty towarzyskie. W książce Punkowa Zamojszczyzna [Dariusza Ciosmaka i Andrzeja Kluchy, wyd. No Pasaran Records, 2024 – przyp. MS] przeczytałem, że dla Zamościan to było znaczące wydarzenie. Przyjechał jeszcze jakiś zespół z Węgier, to była pamiętna data dla miejscowej załogi. Te więzi, które szły przez Puławy, były bardziej towarzyskie niż artystyczne. Skutkowały na przykład tym, że Brzytwa grała na dużych scenach jako gwiazda. Nic więcej chyba nie było. Jacek Szafir przygrywał w Daabie. Przez jakiś czas były silniejsze koneksje z Warszawą, to tyle.

Gliwickie zespoły były jednak dość wsobne, było takie poczucie odrębności, że my jesteśmy z Gliwic, a tu wszystko jest trochę inaczej.

Wykształciło się coś takiego, jak idiom gliwicki – dość chimeryczny.

Być może dlatego, że Gliwice są miastem akademickim i scenę tworzyły dzieciaki z inteligenckich rodzin. To nie moje słowa, tylko Tomka Płonki z Processsu. Oczywiście nie twierdzę, że było sielankowo, bo była chuliganka, pijaństwo, różne ekscesy, ale generalnie raczej równano w górę. Punk bywał fajnym motorem samorozwojowym, chociaż może to zbyt duże słowo. Rozmawiam w Nienormalnym mieście z dziesięcioma czy dwudziestoma ludźmi, natomiast cała załoga była o wiele większa i przeróżnie się potoczyły ich losy. Paru kolegów punk rock wykończył. Ci, z którymi rozmawiam, to był trzon tej załogi, jej najbardziej widoczna część.

Darek Dusza stwierdza, że określenie Gliwicka Alternatywna Scena powstało w chwili, gdy ona już wygasała…

Bo to nie była nigdy scena w rozumieniu konglomeratu artystycznego. Te zespoły nie grały równolegle. Przez chwilę może tak, natomiast Śmierć zdążyła się rozpaść, zanim na przykład Brzytwa Ojca zaczęła grać na poważnie. W drugiej połowie lat osiemdziesiątych nazwę wymyślili ludzie właśnie z Brzytwy Ojca. Ich wokalista Pastor się do tego przyznawał, ale to była próba ujęcia, nazwania tego fermentu już post factum.

Poza tą główną piątką były jeszcze jakieś efemeryczne zespoły, które zostały niesłusznie zapomniane?

Czy niesłusznie? To ciężko powiedzieć. Gdy po latach rozmawiałem o tym z Darkiem Duszą, powiedział, że nie ma czegoś takiego jak „niesłusznie”. W którymś momencie czegoś musiało po prostu zabraknąć – determinacji, konsekwencji, czasem pewnie także odrobiny szczęścia. Ale były świetne zespoły, po których zostało niewiele. Na przykład mój ulubiony zespół gliwicki Die Krück und Klamoten im Kamerlik, który stał trochę z boku, chyba na własne życzenie. Wokalistą był tam Acan, rocznik ’61, który zahaczył jeszcze o hippisowskie czasy. Świetny zespół ze świetnymi tekstami, bardzo dobrze muzycznie kombinował. Zostały po nim jakieś nagrania, ale one w ogóle nie oddają tego, jak fajnie grali, bo jakość jest koszmarna. Nie słychać z nich tej siły, którą mieli. Wszystkim mówię, że to było świetne i nie wiem, czy mi wierzą, bo po kilku nagraniach, które można znaleźć na YouTubie, pewnie tego nie słychać.

Był jeszcze Żylasty Kogut, który wprawdzie zagrał tylko dwa koncerty, ale dorobił się w Gliwicach statusu legendy. Dlaczego?

Doczekał się chyba dużo większej sławy, niż na to zasługiwał – mam nadzieję, że koledzy mi tę opinię wybaczą. To był mocno żartobliwy zespół, o czym świadczy nazwa i teksty w rodzaju: „na rynkolstwo ciągną puny, już hołota pali gumy”. Nie wiem, czy zostały po nim jakieś nagrania. Zespół znany jest głównie z tego, że Kissman [Grzegorz Fijak, perkusista Brzytwy Ojca] poszedł od Brzytwy Ojca do Żylastego Koguta. To jeden z zespołów, których nagrań nigdy nie słyszałem, a chciałbym. Drugim jest Konflikt, pierwszy zespół punkowy w Gliwicach, po którym nie zostało nic. Świadkowie różnią się nieco w zeznaniach – jedni mówią, że to było granie w stylu B-52’s, a inni, że Ramones.

Konflikt, Żylasty Kogut, Brzytwa Ojca, Śmierć Kliniczna –bardzo charakterystyczne były dla Gliwic te obskurne, konfrontacyjne nazwy zespołów. Krzysztof Grabowski z Dezertera twierdził, że Siekiera karykaturalnie uosabiała wyobrażenia systemu na temat punk rocka, a zespoły gliwickie już na etapie pierwszego kontaktu, odczytania nazwy z plakatu, przeciągały strunę jeszcze bardziej. Ze skanów tekstów prasowych z epoki, które umieszczasz w książce, wynika, że prasowy komentariat rzeczywiście fatalnie na to reagował. Również ten lokalny.

Lektura archiwalnych wydań „Nowin Gliwickich” pokazuje, że w Gliwicach redaktorzy byli rozdarci. Właściwie redaktor, bo to głównie pisał jeden człowiek, zresztą aktywny na niwie kultury do dzisiaj – pan Zbigniew, który jest fanem Pink Floyd i rocka symfonicznego (wtedy nie mówiło się jeszcze „progresywnego”). Z jednej strony chciał pokazać, że mamy fajną młodzież, która gra, a z drugiej był bardzo krytyczny. Bo właśnie – co to za nazwy? Tu warsztat trzeba szlifować, a nie wychodzić z czymś takim do ludzi! Nie zawsze słusznie krytykował, ale punk to był wtedy dla większości ludzi ciężki do objęcia rozumowaniem fenomen. Dla niektórych pozostał taki do dzisiaj. Śmierć Kliniczna w ogóle miała pod górkę, bo była najbardziej znanym zespołem i ogólnopolska prasa pisała o nich jakieś niestworzone historie. Pojawiały się artykuły o tytułach w rodzaju „Agonia dobrego smaku”, w których pastwiono się nad tekstami, rzekomo pełnymi przemocy.

Ten wizerunkowy nihilizm przekładał się jakoś na życie?

Punk to prąd, który w DNA miał zaszyte dążenie do zmiany – równolegle z nihilizmem. Czasem jeden z tych pierwiastków brał górę.

Na ogólnopolskiej scenie bieguny wyznaczają turpistyczna, nihilistyczna do granic Siekiera z jednej strony i Dezerter ze swoim pozytywistycznym punk rockiem z drugiej. Ten nihilizm Siekiery był zresztą niezrozumiany przez większość załogi, bo miał wymiar przede wszystkim estetyczny, a został odebrany dosłownie. Był w punku jeszcze trzeci pierwiastek, który polegał na tym, że chcemy się po prostu dobrze bawić. Nie należy o nim zapominać.

O ile punk dążył do negacji zastanej oficjalnej kultury, to jednak Darek Dusza czy menadżer Attacku Leszek „Żaba” Martinek z łatwością do niej przeniknęli. Pierwszy zakolegował się z Irkiem Dudkiem i założył z nim Shakin’ Dudi, a drugi został menadżerem Dżemu.

Tak… Na pewno było poczucie dystansu, że tu jesteśmy „my”, a tam oficjalna estrada. Darek w swojej książce Jestem ziarnkiem piasku [wyd. Zima Records, 2017] opisuje, że któregoś dnia, chyba na Famie, milicjanci ciągną go za włosy do suki, a obok siedzą i piją gwiazdy rocka, które teraz są opisywane jako te niby walczące z komuną. Wszyscy z nosami w talerzach, chyba poza panią Ostrowską z Lombardu. Rock był częścią estrady, ale uważano, że „my” jednak funkcjonujemy w innym obiegu. Chociaż innego obiegu tak naprawdę nie było.

To też jest ciekawa historia, bo ten DIY punk rock zaczął się dopiero wtedy, kiedy mógł, czyli w latach dziewięćdziesiątych. Wcześniej takich możliwości nie było. Była cała infrastruktura w postaci domów kultury, na której punkowcy pasożytowali jak huba. Działacze studenccy nierzadko okazywali się kumatymi ludźmi. Ale na przykład w nieodległych od Gliwic Katowicach był klub studencki Akant i już wokół niego nie było równie silnej sceny. A często zamiast do Akantu załoga wolała jeździć na koncerty do Gliwic, bo u nas jednak było dużo mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś będzie chciał im skroić skórę albo dać w mordę. Takie atrakcje w Gwarku zdarzały się zdecydowanie rzadziej.

Wyobrażam sobie, że te zachowania łatwo wpisywały się w surową atmosferę Śląska.

Nie wiem, na ile to jest istotne w tej historii, ale Gliwice tak naprawdę nie są śląskim miastem. Przynamniej nie tak, jak inne duże ośrodki aglomeracji. Wymiana ludzka była tutaj naprawdę potężna. Po wojnie centrum Gliwic zasiedliła głównie lwowsko-warszawsko-Bóg jeszcze wie jaka diaspora. Autochtonów zostało niewielu. Wśród moich rozmówców godać po śląsku potrafią chyba tylko muzycy z Processsu, reszta nie bardzo. Kissman, który tu przyjeżdżał z ościennego Zabrza, śląsko-robotniczego miasta, mówił kiedyś półżartem, że gliwicka załoga trochę nosy zadzierała do góry i to bywało dla niego czasem irytujące.

To prawda, że GAS zarżnęło umasowienie punk rocka? Darek Dusza twierdzi tak w twojej książce.

Jego entuzjazm na pewno zarżnęło, czy raczej zniechęciło do punka na długie lata. Czy scenę – nie wiem. Darek był w pewnym momencie zniechęcony do tego umasowienia. Doskonale go rozumiem, bo pod koniec lat osiemdziesiątych punk zrobił się dużo mniej fajną przestrzenią. Poza tym to były takie czasy, że trudniej niż później było być dwudziestopięcioletnim załogantem. Nie było wzorców. To były jedne z pierwszych roczników, które wchodziły w tę kontrkulturę i zaczął im się proces niezamierzonego doroślenia, rzeczy pod tytułem „studia, praca, obowiązki”. Coraz więcej codzienności, coraz więcej spraw bytowych. Przy okazji zaplecze się kurczyło. Zwróć uwagę, że większość sceny punkowo-nowofalowej – poza Dezerterem i Armią – nie przetrwała przełomu transformacji ustrojowej, albo wyszła z niej mocno poobijana. Szczególnie boleśnie odczuły to te zespoły, które zderzyły się z rynkiem, a wcześniej żyły – jak się okazało po czasie – w dość cieplarnianych warunkach.

Zdaje się, że wszystkie zespoły z GAS-u rozpadały się u szczytu możliwości. Tak było?

Tak, i to dobrze, że nie zderzyły się z tą nową, mniej przyjazną rzeczywistością. Pod koniec istnienia miotał się trochę tylko Processs, który próbował jeszcze grać w mocno sztukowanych składach, ale nie zostało to udokumentowane i trwało nie dłużej niż pół roku. Niefajne jest to, że po żadnym z nich nie zostało więcej dobrych nagrań. Płyta R.A.P.-u, fantastyczna, wyszła dopiero po trzydziestu latach. Można się zastanawiać, co by było, gdyby wydali ją w epoce. Tak samo Śmierć Kliniczna. Tego się już nie dowiemy. Natomiast mam  poczucie, że to jednak trochę jest zmarnowana ekipa bardzo utalentowanych ludzi, którzy zrobili świetne rzeczy, ale mogli zrobić coś jeszcze. Szkoda, że zamilkli na długie lata, a niektórzy nawet na zawsze.

Najlepiej powiodło się chyba Darkowi Duszy. Mówiłeś, że jego generacja nie miała żadnego wzorca, ale zastanawiam się, na ile załoga GAS-u dziś stanowi wzorzec dla sceny lokalnej. Gdy zaczynałeś grać w Rottweilerze, postrzegaliście ich w ten sposób?

Nie. To były tak osobne rzeczy, że nie doczekały się epigonów. My byliśmy związani z Brzytwą Ojca jedynie przez osobę perkusisty, no i graliśmy w dość podobnej stylistce. Natomiast jeśli chodzi o Darka, R.A.P., Processs, to nie było żadnych naśladowców. Nie wiem czemu. Może za trudne to było? Ale nikt się tym nie interesował, nikt o to dziedzictwo nie dbał.

Obecna scena gliwicka nie ma żadnego kontaktu z tą tradycją?

Kompletnie nie. Albo inaczej – jest oczywiście świadomość, coraz większa, tego, co się tu wydarzyło, jest szacunek dla starszych kolegów, ale raczej nie ma poczucia kulturowej ciągłości, że oto tworzymy tutaj coś, co jest kontynuacją chwalebnej przeszłości. I chyba to jest spoko o tyle, że nie ma w związku z tym żadnego kombatanckiego nurzania się w nostalgii – zobacz, Darek Dusza gra z Demonami kompletnie nowe rzeczy i jest pewnie myślami raczej w roku 2026 niż 1981. To były zespoły, które naprawdę przyleciały jak komety i rozbłysły, ale gdy się rozpadały, nic za tym nie poszło. Może szkoda, natomiast to też może być kwestia pokoleniowa. Ci ludzie są starsi ode mnie o dziesięć lat, siłą rzeczy nie znaliśmy się. Znałem się tylko z Brzytwą Ojca, bo w ich przypadku różnica wieku nie była tak mocna – byli starsi o rok lub dwa. Chodziłem do nich na próby i to było moje punkowe wtajemniczenie. Ale to, oczywiście traktowane nieco umownie, pokolenie załogantów (moich rówieśników) pojawiło się w momencie, gdy starej sceny już prawie nie było.

Zostało w gliwickiej alternatywie jeszcze coś do opisania?

Może, natomiast ja bym nie chciał tego robić. Gliwicka Alternatywna Scena to wdzięczny temat, bo łatwo ją objąć miejscem i czasem. Później oczywiście też się coś działo, ale nie było już takiego fermentu. Środek ciężkości przeniósł się w inne miejsca. Zaczęły się giełdy Pod Rurą w Katowicach, a później w Mega Clubie w Bytomiu, zaczęły się koncerty robione przez ekipę z Nikt Nic Nie Wie. Tam przeniosło się życie muzyczne, tam wychodziły ziny. Z Nikt Nic Nie Wie powstała pierwsza wytwórnia, potem Enigmatic Fakira. Widzisz, działo się, ale nie w Gliwicach. A sam Gwarek stał się dyskoteką. Ciekawe zresztą, że przez wielu czterdziestoletnich Gliwiczan jest pamiętany głównie jako dyskoteka. Chodzi się tam na techenko i na podryw. Nie miałem świadomości, jak bardzo zjawisko, jakim była GAS, zniknęło z pamięci ludzi. Kiedy wyszła książka, spotkałem się z reakcjami w stylu: „Boże, to takie rzeczy się działy w Gwarku? Mam czterdzieści lat i nic nie wiedziałam!”.

A jak wyglądały reakcje w Polsce? Gliwicka Alternatywna Scena jest pamiętana?

Niektórzy mają świadomość, że to było osobne zjawisko. Jak duża, nie wiem, bo rozmawiałem raczej z ludźmi, którzy są ponadprzeciętnie zaangażowani w życie sceny i generalnie interesują się muzyką pewnie trochę bardziej niż standardowy bywalec Jarocina z lat osiemdziesiątych. Rozmawiałem z Sebastianem Rerakiem [dziennikarzem, autorem książki Chłepcąc ciekły hel. Historia yassu] i powiedział mi coś takiego: „Tę Brzytwę Ojca to ja kojarzę, słyszałem ich muzykę, to takie łobuzy, zakapiory z robotniczych śląskich Gliwic”. Dotarło do mnie, że kurczę, rozmawiam przecież z insajderem, z człowiekiem, który wiele wie o punk rocku, a jednak zmieścił tyle nieprawdy w jednym zdaniu. Bo to byli bardzo grzeczni chłopcy, Gliwice nie były śląskie, a robotnicze też tak średnio. Pomyślałem wtedy, że jeśli nawet osoba głęboko zorientowana w meandrach sceny ma nie do końca prawdziwy obraz GAS-u, to znaczy, że może pomysł z książką naprawdę ma sens.

________________________________________________________________

Szymon Szwajger – kiedyś księgarz, obecnie bibliotekarz, czasem pisze różne rzeczy, czasem grzebie w rzeczach napisanych przez innych. Udaje gitarzystę w różnych zespołach punkowych i mniej punkowych (Rottweiler, Whitman, Venta Quemada). W końcu połączył oba swoje dziwactwa, czyli punka i książki, i napisał Nienormalne miasto.

Mateusz Sroczyński – dziennikarz i krytyk muzyczny, animator sceny niezależnej. Zajmuje się muzyką alternatywną, improwizowaną oraz kontrkulturą. Związany z JazzPRESSem, „Czasem Kultury”, serwisem IR2, „Ruchem Muzycznym” i „Noise Magazine”. Publikował również na łamach serwisu pisma „Glissando”, portalu Soundrive i w kwartalniku „Lizard”. Współpracuje z kolektywem Krzysztofory – Studio Kultury Krakowa. Kurator cyklu koncertów muzyki improwizowanej Kakofonie, który współtworzy z krakowskim klubem Betel. W radiu Jazzkultura prowadził audycję „Jest alternatywa”.

Nie optymalizujemy tekstów pod kątem SEO, nie walczymy o clickbaity i zasięgi. Chcemy być miejscem, w którym można czytać wartościowe reportaże, analizy, wywiady i felietony. Nie zarabiamy na tworzeniu tego serwisu, ale chcemy godnie płacić autorom i autorkom, którzy dla nas piszą. Dlatego jeśli doceniasz naszą pracę, prosimy, rozważ drobne wsparcie naszych wysiłków. Dołączając do naszej społeczności w serwisie Patronite, pomagasz nam tworzyć jakościowe teksty.

Wspieram IR2

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip