Mateusz Sroczyński: Na ile Gliwice rzeczywiście są „nienormalnym miastem”, a na ile tytuł jest po prostu zgrabnym nawiązaniem do Nienormalnego świata – sztandarowego numeru Śmierci Klinicznej? W książce raczej nie wnikasz zbyt głęboko w samą atmosferę Gliwic.
Szymon Szwajger: To znaczy, że coś mi nie wyszło, bo chciałem, żeby trochę tej atmosfery wybrzmiało przynajmniej gdzieś w tle. O tym, że ferment muzyczno-towarzyski w Gliwicach był dość specyficzny, przekonałem się dopiero wtedy, kiedy wyjechałem z Gliwic na studia do Katowic. Niby niedaleko, ale to było zderzenie z zupełnie innym mentalem, środowiskiem. Wtedy do mnie dotarło, że to, co się wokół Rynku i Gwarka [gliwicki klub studencki będący centrum sceny opisanej w książce Szwajgera – przyp. MS] kłębiło, było wyjątkowe. Natomiast jeśli chodzi o sam tytuł, to miał być po prostu chwytliwy, wpadający w ucho, miał fajnie brzmieć. Nie chciałem jednak, żeby to był wprost Nienormalny świat. To wydawało mi się słabe i mogło sugerować, że to będzie książka o Śmierci Klinicznej, a nie jest.
Zgoda.
Myślałem o Nienormalnych Gliwicach. Parę osób mi zasugerowało, że może to niekoniecznie dobry pomysł, bo ktoś może go wziąć dosłownie i pomyśleć sobie, że źle piszę o naszym kochanym rodzinnym mieście. Grażyna, żona Darka Duszy, powiedziała: „To zróbcie Nienormalne miasto”. Zostało więc nawiązanie czytelne dla tych, którzy znają Śmierć Kliniczną, jednak idące dalej. Ta nienormalność była zresztą fajna, twórcza i kolorowa, bo stała w kontrze do ponurej normalności lat osiemdziesiątych. Ale tę interpretację dopisałem sobie później, na początku tytuł miał po prostu dobrze brzmieć i intrygować.
Pewna wyjątkowość Gliwic objawia się w relacjach lokalnych subkultur, które spotykały się na Rynku. Dla punkowców, nowofalowców i rastamanów to był, jak piszesz, „wodopój” – przestrzeń do pokojowego współistnienia.
To się zmieniało, bo inaczej wyglądało to na początku lat osiemdziesiątych, których nie pamiętam, ale później, w latach dziewięćdziesiątych, ta pokojowa koegzystencja zniknęła. Nastąpiła eskalacja przemocy, na ulicach zrobiło się niebezpiecznie. Pewnie nie tylko w Gliwicach rynek był miejscem, w którym toczyło się życie. Ciągnęła tam wszelka kontrkultura, przesiadywała całymi godzinami, więc mogłeś poznać ciekawych ludzi, którzy wyglądali inaczej niż inni. Pod warunkiem, że wcześniej lokalne społeczeństwo cię nie pogoniło.
Różnice między wszystkimi tymi prądami nie były tam wtedy chyba tak ostro zarysowane?
Wtedy jeszcze nie były. Skoro już to wywołujesz, dodam, że trochę celowo skończyłem książkę w tym punkcie, w którym skończyłem. Później do głosu doszła niestety największa w Polsce, jeśli nie nawet formatu europejskiego, narodowosocjalistyczna gwiazda muzyczna, czyli Honor. A to przecież byli chłopcy, z którymi wcześniej towarzysko spotykaliśmy się na Rynku. Do pewnego momentu byli naszymi kolegami. Przemilczałem ten wątek z pełnym rozmysłem. Nie chciałem im dokładać cegiełki do sławy, i tak już zbyt dużej. Poza tym to wykraczało poza ramy czasowe zjawiska, jakim była Gliwicka Alternatywna Scena.
Ludzie tworzący tę niesławną scenę nazistowską naprawdę funkcjonowali wcześniej wokół środowiska GAS-u?
Tak, wtedy zaczynali się uaktywniać. Opisuję w książce historię, kiedy Moskwa została pobita przez nich po koncercie. To był ’89 rok, tej starej załogi punkowej w zasadzie już nie było, bo wciągnęło ich życie i meblowali sobie dorosłość na różne sposoby. Ciągłość środowiska się urwała i rzeczywiście zrobiło się mniej przyjemnie. Początek lat dziewięćdziesiątych był dość specyficzny o tyle, że ci wszyscy skinheadzi i naziole przychodzili na punkowe koncerty. Pamiętaj, że oni byli wcześniej punkami, więc zawsze ktoś tam ich znał, nie bardzo wiadomo było na początku, jak reagować. Dopiero później przemoc eskalowała tak mocno, że przestali być wpuszczani na koncerty. Chodzenie na nie stało się sportem ekstremalnym. Nigdy nie wiedziałeś, jak to się skończy. Ale to już była kolejna dekada, nie chciałem o niej pisać. GAS była fajna do opisania, bo miała swój wyraźny początek i koniec, trwała mniej więcej dziesięć lat.
Tworzyła ją wielka piątka: Śmierć Kliniczna, R.A.P., Brzytwa Ojca, Absurd i Processs, ale sygnalizujesz jeszcze istnienie grupy Attack. Większość z nich, nie licząc epigonów robotniczego punka w stylu The Exploited, była wyjątkowo chimerycznymi tworami. Zaskakujące, jeśli porównać to sobie na przykład z Rzeszowem, który zbudował scenę na jednej płycie. Nowa fala, reggae, dub, gdzieś tam wystaje free jazz, funk, psychodelia. Chłopaki uczyli się śpiewać na bigbitowych przebojach. To był efekt tej swobodnie przenikającej się na Rynku różnorodności?
Niekoniecznie bym to wiązał z koegzystencją subkulturową. Pomijam, że w ogóle słowo subkultura mnie drażni, bo kojarzy mi się z opisami jakichś więzienno-kryminalnych sytuacji. Wolę patrzeć na GAS, i w ogóle na punka, jak na element kultury – może chropowaty, kanciasty, czasami nieudolny, ale ważny. Może i miał w sobie motywy chuligańskie, czy raczej łobuzerskie, ale przy tym mocno pobudzał życie w mieście, to widać wyraźnie z perspektywy czasu. Ważniejszy dla wspomnianej przez ciebie różnorodności jest raczej fakt, że Gliwice są miastem akademickim. Działały kluby studenckie. Jeśli grało tam Laboratorium, ludzie szli na Laboratorium. Grał Tomasz Stańko, bracia Ścierańscy. Śmierć Kliniczna to nie był zespół, który powstał dlatego, że ktoś usłyszał punk rocka, więc postanowił założyć kapelę, kupił sobie (albo wystrugał) pierwszą gitarę i dopiero uczył się grać. Było odwrotnie i myślę, że to ich wyróżniało. To byli ograni muzycy, szlifowali sobie paluchy na różnych standardach. Dopiero potem zaczęli grać punk rocka. W zasadzie to był od razu postpunk.
To raczej naturalne. Do Polski najpierw trafiła nowa fala, a dopiero później ten prosty punk w stylu Sex Pistols.
No tak, z drugiej strony Pere Ubu czy Cabaret Voltaire zaczęli grać postpunka jeszcze przed właściwym punkiem. Mam przekonanie, a Darek Dusza potwierdził mi tę intuicję, że gdyby Śmierć Kliniczna wystartowała później, na pewno nie wywarłaby takiego impaktu.