Swoją nową książkę Fala koncentrujesz umownie wokół roku 1984, kiedy to muzyka nowofalowa po raz pierwszy zdominowała festiwal w Jarocinie. Miałeś wtedy 14 lat – jakie są twoje najbardziej wyraziste wspomnienia z tamtej rzeczywistości?
Jeślibym chciał precyzyjnie ten rok ’84 zlokalizować w moim własnym życiu, to ciężko by było, z takiego dystansu czasowego wszystko się zlewa i rozmazuje. Ale rok 1984 wydobywam tutaj nie z racji osobistej historii, ale dlatego, że wydarzył się wtedy przełom w polskiej muzyce, o którym piszę, czyli wejście na – nazwijmy to górnolotnie – scenę ogólnopolską zespołów założonych przez ludzi, którzy zaczynali dorosłość w realiach stanu wojennego, na prowincji. Poza tym rok ’84 poprzez Orwellowskie skojarzenia jest bardzo czytelny dla młodzieży, która może niewiele z historii najnowszej pamięta, ale kojarzy ten rok i kojarzy go z opresją. Stąd taki wybór. Bo też młodzież chciałbym zaprosić do lektury najbardziej, choćby dlatego, żeby mogła poznać sprawdzone doświadczalnie przez jej rówieśników sprzed lat sposoby na radzenie sobie z opresyjną codziennością.
Natomiast dla mnie ten rok jest wtopiony w pomrokę dziejów. Kiedy pisałem książkę, przypominałem sobie sytuacje z mojej młodości związane ze słuchaniem muzyki, ale nie lokalizowałem ich dokładnie w roku ’84, raczej w realiach schyłkowego PRL-u. Pamiętam choćby, jakim dobrem luksusowym były kasety. Trudno je było kupić w normalnych sklepach, a w Pewexie kosztowały sporo. O luksusie zagranicznej płyty już nawet nie wspominam. Z czasem dorobiłem się ośmiu, dziesięciu płyt i wymieniałem je w kółko. Nie można było sobie pozwolić na rozbudowywanie kolekcji ze względów finansowych, więc te płyty ciągle były w ruchu.
Mieszkałem wtedy w Częstochowie, stąd wątek prowincji jest mi bliski. Od końca podstawówki jeździłem ze starszymi kolegami na giełdy płyt odbywające się w klubie Gwarek w Gliwicach. To było w niedzielę, można było sobie spokojnie rano pojechać do Gliwic i wrócić wieczorem do Częstochowy. Z dystansu czasu mogę ocenić, że to było jedno z ciekawszych miejsc, jeśli chodzi o muzykę, nazwijmy to, alternatywną. W Warszawie były te mityczne kluby Remont i Hybrydy, a Gwarek to było najmocniejsze miejsce na Górnym Śląsku, zaplecze dla Śmierci Klinicznej, później Absurdu, R.A.P.-u. Odbywała się tam również masa festiwali, które znałem tylko z plakatów wiszących w hallu klubu. Choćby Nowa Fala w Rocku i Jazzie, gdzie obok postpunka pojawiały się zespoły jazzmanów z kręgu Tie Break, Pick Up, Free Cooperation. Rzecz w ówczesnej Polsce bez precedensu. Jeździłem też na giełdy w Krakowie do klubu studenckiego Pod Przewiązką, ale to już czasy liceum. Poziom, jeśli chodzi o ofertę, był tam nadzwyczajny. Do dziś pamiętam, z jakim przejęciem oglądałem płytę Tago Mago zespołu Can, ale podwójny winyl kosztował tyle, co cztery inne płyty. I jeszcze Hybrydy w Warszawie, ale te giełdy były problematyczne, bo odbywały się we wtorki i trzeba było urwać się ze szkoły. Był też bazar w Katowicach – tam ludzie przywozili dużo płyt od swoich ziomków z Niemiec, z tym, że repertuar był mało wymyślny.
Jak się w tamtym czasie kształtowały twoje fascynacje muzyczne?
Ja wtedy przechodziłem ewolucję. Jako dzieciak zainteresowany muzyką w późnej podstawówce padłem ofiarą Programu Trzeciego Polskiego Radia, na co też się zżymam w książce Fala. Zwłaszcza na Piotra Kaczkowskiego, który robił ludziom – co potwierdza choćby Andrzej Stasiuk – wodę z mózgu, opowiadając z przejęciem, że muzyka przez duże M to zespoły Yes, Pink Floyd czy Genesis. Niestety w takich rzeczach wtedy siedziałem, ale potem zaczęła się do radia przeciskać muzyka, która oddawała ducha czasów. Jednym z takich kanałów, przez które ta zmiana się sączyła do mojej głowy, była Rozgłośnia Harcerska. Pamiętam, że spotkanie z Listą Przebojów Rozgłośni Harcerskiej to naprawdę był haust świeżego powietrza. Im dalej w lata 80., tym więcej dobrej, nowoczesnej muzyki dawało się znaleźć w Programie Trzecim. To wszystko sprzyjało zrzuceniu skorupy lat siedemdziesiątych, które były na polskiej prowincji sformatowane przez tych natchnionych prezenterów Programu Trzeciego. Inaczej było w większych ośrodkach, ale tam, gdzie dostęp do muzyki odbywał się głównie za pośrednictwem radia, panował ciemnogród estetyczny.
Wiesz, pytam o te wspomnienia, bo rok 1984, jak powiedziałeś, podsuwa naturalnie dystopijne skojarzenia, a jednak ówczesny system opisujesz raczej jako nieudaczny i groteskowy.
Tak, tak. To, co działo się w Bloku Wschodnim, miało związek z wizją Orwella, ale w takim bardziej meta wymiarze, bo codzienność była raczej dystopią dystopii.
A jednak istnieje pewien mit kombatancki sceny muzycznej tamtych czasów. Media głównego nurtu zdają się lubić tę narrację.
Ależ tak, i ja z tym polemizuję. Nie tyle jako publicysta, ile jako reporter, który zbiera głosy ludzi z epoki. Jest na przykład taka symptomatyczna wypowiedź Grzegorza Brzozowicza, który wtedy zarządzał klubem Remont – główną sceną dla nowej fali w Warszawie. Wspomina, że owszem, tajniacy byli, ale głównie przychodzili na dyskoteki. On bardzo intensywnie działał w Remoncie przez ładnych parę lat i nigdy nie miał styczności ze służbami. Jest też opowieść Krzysztofa Trznadla, którego pytałem o losy jego brata Tadeusza. Tadeusz założył zespół Red Star z naprawdę radykalnie krytykującymi rzeczywistość socjalizmu tekstami i w jakimś opracowaniu firmowanym przez IPN przeczytałem, że był prześladowany przez milicję, że za te teksty zesłano go do karnej jednostki w Twierdzy Modlin. Gdy rozmawiałem o tym z Krzysztofem, który z kolei grał w One Million Bulgarians, na pytanie o te męki brata odpowiedział: „stary, nic takiego nie było”. W ogóle go milicja nie wzywała, a teza, że trafił do karnej jednostki za teksty, jest bzdurą. Był w wojsku, standardowo w ramach służby zasadniczej i właśnie podczas niej, w tak bezpośredniej konfrontacji z systemem, zaczął pisać swoje teksty. Zakładam, że brat pamięta lepiej. Zresztą koniec zespołu Red Star nie wynikał z tego, że Trznadel ugiął się pod terrorem służb bezpieczeństwa, tylko po prostu się ożenił, miał dziecko, chciał wybudować dom na wsi. Człowiek, który w publikacji IPN-u opisywał to w martyrologicznym sosie, był wcześniej działaczem z obozu socjalistycznych studentów. Podejrzewam, że jest taki typ wiecznych działaczy-aparatczyków, którzy za komuny należeli do odpowiednich organizacji, a po zmianie ustroju opisywali minioną epokę z aktualnie słusznych pozycji. Opisy prześladowań muzyków to właśnie ich konik, mają robotę i nadymają pewien etos, pod który cała masa różnych urzędasów mogła się podczepić. Choć zarzucili ten temat, gdy najbardziej opłacalną dziedziną stali się żołnierze wyklęci. Tak czy inaczej, muzycy, którzy byli w epoce na pierwszej linii, niekoniecznie to potwierdzają, bo ów etos do niczego im nie jest potrzebny i mają na głowie inne problemy, choćby jak opłacić rachunki.
Oczywiście, że była kontrola, tyle że nieszczelna. Była cenzura, ale większość cenzorów miała wszystko w dupie. Robili swoją robotę, przed koncertami musieli przybić pieczątkę na maszynopisach tekstów zatwierdzonych do wykonania, ale dostawali od zespołów nieprawdziwe teksty, które potem na scenie były wykonywane w prawidłowych wersjach. Albo ci cenzorzy nie chodzili później na te koncerty, bo już im się nie chciało, albo puszczali to mimo uszu. Ale jest jeszcze jedna okoliczność, o której się zapomina, a ja jako uczestnik koncertów ją doskonale pamiętam. W większości przypadków jakość nagłośnienia była taka, że zrozumienie tekstu było utrudnione, by nie powiedzieć niemożliwe. Słuchacz mógł się zastanawiać, co tam wokalista śpiewa w całym tym bulgocie dobiegającym ze sceny, natomiast nie sądzę, że cenzor się nad tym głowił. Ogólnie system był niby-opresyjny, ale nie do końca wydolny, również na tym polu. Piszę też o tym, że cała aktywność zespołów alternatywnych nie była undergroundem, bo undergroundu być nie mogło. Wszystko przechodziło w trybie zarządzania centralnego, przez oficjalne kluby i przeglądy pod egidą socjalistycznych studentów lub państwowych zakładów pracy. Niemniej to zarządzanie było tak dziurawe, że można się było tam odnaleźć z zupełnie nieprawomyślnym przekazem.

Przy okazji twojej poprzedniej książki Śnialnia wielokrotnie wspominałeś, że tropiłeś w niej ezoteryczne korzenie polskiej inteligencji, a teraz okazuje się, że szerokie zaplecze inteligenckie miała właśnie nowa fala.