Może tym, co przyciąga spojrzenia, jest otwartość i ekspresja emocjonalna tam, gdzie wymagane jest zakładanie masek. Różne tematy mogą być dziś tym, czym był seks dla XIX wieku.
Co jeszcze możemy zauważyć w histerii i gdzie, na przykład w dziełach kultury, możemy tej histerii szukać?
W histeryczności uwidacznia się centralność, ta nadmierna emocjonalność i jeszcze figuratywność. Kiedy myślę o tym zestawie jako o konstruktywnym, pojawia się potrzeba autentycznego bycia, odpowiedzenia na straty w sposób silny i własny. Chodzi o najbardziej uwewnętrznione poczucie różnych momentów, kiedy czujesz, że żyjesz. Dla każdego może być ono czymś innym.
W literaturze o histerii często podawanym przykładem jest Madame Bovary lub Don Kichot, którzy naśladują gesty charakterystyczne dla różnych stanów. Jeżeli Emmę Bovary interesuje bycie troskliwą matką, to wykonuje ona pewne gesty czułości, ale brak jej poczucia relacji z dzieckiem. Jeśli interesuje ją wiara, to tworzy aurę duchowości, jeśli chce poczucia bycia żywą kochanką, interesuje ją sceneria romansu. Poszukiwane jest autentyczne poczucie bycia matką, wierzącą czy kochanką. Podobnie Don Kichot, który odtwarza rycerskie gesty. Jest jakiś spektakl, a nie poczucie życia.
Mówimy teraz o histerycznej odpowiedzi na jakiego typu straty?
Straty świata – ten worek pojęciowy zbudowany wokół kryzysu klimatycznego czy humanitarnego. Ale też, a może przede wszystkim, mówimy o stratach indywidualnych, żałobie po kimś bliskim, rozstaniu, utracie pracy czy pozycji społecznej, marzeń, planów czy nadziei na przyszłość. Nasz wewnętrzny histeryk czy histeryczka mogą objawiać się w sytuacjach granicznych – społecznie i indywidualnie.
Jeśli chodzi o utratę świata, który znamy, czy odpowiedź na rozmaite momenty krytyczne, to ewolucyjnie możemy albo walczyć, albo uciekać, albo się zamrozić. Michał Paweł Markowski czy Marek Bieńczyk pisali o dwóch figurach – melancholika i histeryka – różnie odpowiadających na poczucie utraty świata, czy później, pod koniec XIX wieku, na nadmiar tego świata do ogarnięcia. Melancholika kojarzę z zamrożeniem, odłączeniem, depresyjnością. Nic go nie interesuje. Histeryka utożsamiam z niezgodą, która jest emocjonalna, krzykliwa, dramatyczna i gwałtowna.
Z czego dziś może wynikać taka nadmierna emocjonalność?
Wydaje mi się, że jest napędzana przez media społecznościowe, instagramizację życia, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. W tym sensie, że bardzo ważny jest obraz i funkcjonowanie dla innej osoby. I to też jest zwykle bardzo negatywnie odbierane, jako pewna niedojrzałość. Panuje przekonanie, że najlepiej być osobą niezależną od tego, jak inni ją widzą. Co więc w histerii może być wartościowego? Ja widzę w tym możliwość tworzenia wspólnoty.
To paradoks. W histerii robię z siebie centrum dla istnienia. Zakładając, że jest nas więcej, to jak z tego zrobić wspólnotę?
To prawda, bardzo mnie fascynuje, jak mógłby wyglądać romans histeryków. Ale wydaje mi się, że przede wszystkim chodzi o to, że ten drugi człowiek jest uważany za omnipotentnego, za tego, który nadaje znaczenie. „Ja” histeryczne ma poczucie, że to ta druga osoba żyje naprawdę i naprawdę wie, gdzie teraz jest. Jest obecna i ma narzędzia, których „ja” histeryczne nie posiada. Dzieje się coś bardzo odwrotnego do poczucia wyższości, jest poczucie niższości własnej wobec naprawdę wiele znaczącej innej osoby. Zabieganie o uwagę zwykle ma złą opinię. A ja zastanawiam się, czy w niesprawiających cierpienia innym granicach taka histeryczność, takie przyznanie się z pokorą, że nie jest się dla siebie wystarczającym, bo przecież żyjemy w tym społeczeństwie, potrzebujemy innych ludzi, nie jest adekwatną w dzisiejszych czasach postawą. Może dobrze byłoby to przemyśleć.
Kiedyś analizowałam Serotoninę Houellebecqa. Dla mnie Houellebecq jest pisarzem tworzącym histeryczne postaci, z tym słabym, kruchym „ja”, nie zawsze akurat nienaruszającym granic innych, bo w jego twórczości jest sporo seksualizacji życia, która może prowadzić do przemocy. Ale w tych postaciach jest ciągłe zaczepianie o witalność i próby odzyskania istnienia.
To brzmi trochę jak z poradników typu „wstań i żyj”. Ale w fenomenologicznym opisie histerii na głębokim poziomie występuje ogólne zwątpienie w kondycję ludzką. Co akurat jest mi bliskie. I oczywiście możemy wykonać ogrom pracy terapeutycznej własnej, mieć silne ego, ale po co je mieć? Czy to jest w ogóle stosowne? W różnych opisach histerii bardziej chodzi o to, żeby być żywym.
Wiesz, ja to mówię z pozycji osoby zamrożonej. Na przykład w dużych ważnych kwestiach bliżej mi do bycia w depresji klimatycznej niż do aktywizmu, który podziwiam. Sama robię, co mogę, ale w jednostkowym działaniu.
Jak wygląda narracja histeryczna?
Jest fragmentaryczna. Fragmentaryczność dyskursu jest bardzo powiązana z histerycznym opisem rzeczywistości, trochę bez podawania szczegółów. Takie obrazy, które gdzieś się pojawiają i znikają, są uważane za cechę histeryczności. W terapii z kolei jest polecana ciągłość narracyjna.
Czyli zapanowanie nad chaosem, stworzenie spójnej, uporządkowanej opowieści?
Tak, a my właśnie od tego odchodzimy. Linearna opowieść jest związana z konserwatywnym porządkiem. Jestem bardzo daleka, też jako badaczka historii polskiego szaleństwa, od myślenia o takim porządku, progresywnej historii idei.
Bo co się dzieje, kiedy próbujemy stworzyć uogólnioną, linearną całość? Bardzo wiele rzeczy trzeba pominąć, żeby wszystko się zgadzało. Można w takiej opowieści doświadczyć spokoju. Ale trudno obecnie przyjąć, że opowieść i rzeczywistość to to samo. Ta druga jest dużo bardziej skomplikowana, porozwalana i histeryczna. W tym sensie na ten chaos nie mam już innej odpowiedzi niż też być chaotycznym.
Czyli musimy dać ujście temu, co w nas siedzi, na przykład komentując, skrótowo czytając, ubierając się w „ja wiem lepiej niż ty, ja ci to wszystko wytłumaczę”. Czy tak też tworzymy opowieść o nas samych?
Tworzenie wielu narracji o tym samym – wydaje mi się, że jest to zupełnie histeryczna odpowiedź na to, co się dzieje wokół nas. I bardzo potrzebna.
A określanie siebie samego medycznym językiem, bez konsultacji z lekarzem, na przykład pojęciami z zakresu psychopatologii, takich jak lęki czy urojenia? Sama złapałam się na tym, że przed gabinetem już wiedziałam, co mi jest. Wydał mi się to język opresyjny.
Ja staram się go widzieć tak, że to też jest język, który może być ciekawie używany. Zwykle zadaję też pytanie o to, jaką na przykład masz obsesję. I nie myślę wtedy o czymś negatywnym, tylko o bziku czy pasji, żeby właśnie pozytywnie waloryzować te słowa, bo one są w naszym języku mocno zakorzenione.
Jest masa opracowań o życiu w kulturze psychoterapii, terapeutyzacji społeczeństwa.