Hania zamieniła trzysta pięćdziesiąt metrów kwadratowych z ogrodem na warszawskich Bielanach na trzy pokoje z boazerią w pastelowym bloku w Bydgoszczy.
Mariola przeprowadziła się, gdy miała sześćdziesiąt pięć lat. Z decyzją zwlekała dziesięć. Miała niewygodne życie, za to z widokiem na góry.
Dorota przez dwa lata biegała w środku nocy między domami, za każdym razem, gdy dzwonił alarm.
Wszystkie zdecydowały się na zmiany, żeby móc się kimś lepiej opiekować.
Schodami w dół
Hania od siedmiu lat nie pije, a piła razem z mężem. Nie zauważyła, kiedy wpadła w nałóg. Wreszcie synowie postawili warunek: jeśli nie przestanie, zerwą z nią kontakt. A za swoich chłopaków poszłaby w ogień.
Zaczęła terapię, ale bała się powiedzieć o tym Tomkowi.
- Wściekł się, gdy się w końcu dowiedział, bo stracił towarzystwo do picia. Od tego momentu między nami było tylko gorzej. Przychodziłam po terapii do domu, w którym miałam kompletnie pijanego męża. Bolało mnie całe ciało. Fizjoterapeuta powiedział, że bez „usunięcia przyczyny stresu” nic się nie zmieni.
Uciekła do rodzinnej Bydgoszczy odpocząć. Wtedy jeszcze opieka nad mamą, której alzheimer postępował, była bardziej pretekstem niż koniecznością. Nie wiedziała, że za kilka miesięcy zamieszka tu na stałe.
- To był majowy poniedziałek. Piłam kawę w szlafroku na tarasie. Przed kolejnym wyjazdem do Bydgoszczy chciałam załatwić ostatnie formalności. Powiedzieliśmy sobie oschłe „cześć”, a po trzydziestu minutach przybiegła sąsiadka i mówi, że na ulicy, dwieście metrów od domu, leży mój Tomek. Ocknął się. Mówił jak pijany. Okazało się, że pękł mu tętniak. Potem lekarze nie mogli wybudzić go ze śpiączki. Cukrzyca, nieleczone nadciśnienie, zajechana wątroba i efekt odstawienia. Wszystko mu wysiadło. Źle się pożegnaliśmy.
W domu na Bielanach zostały meble robione na zamówienie, ubrania w szafie, białe kanapy, kredens z porcelaną. I kiepskie relacje z córkami Tomka.
- Dziewczyny chciały mi odebrać jedną czwartą domu. Wydzwaniał ich prawnik i straszył. Po piętnastu latach życia tam targałam meble nocami i chowałam je po garażach przyjaciół. Czułam się jak złodziejka. Wymiotowałam ze stresu.
Wtedy do Hani zadzwoniła Iwona, znajoma z Bydgoszczy.
- Powiedziała, że muszę zostawić to życie w Warszawie i wrócić, bo moja mama potrzebuje opieki. Dom na Bielanach został sprzedany, więc i tak nie miałabym dokąd wracać. Przyjechałam. Półprzytomna i wystraszona, a gdy ją zobaczyłam, zaczęłam płakać. Chociaż nie rozumiała, co się stało w moim życiu, poczułam, że w końcu jestem bezpieczna i nic złego już nie może mi się stać.
Podobne dni, czujne noce
W bydgoskim mieszkaniu na ścianach była stara boazeria, a postawiane wszędzie sztuczne kwiaty i plastikowe figurki lepiły się się od kurzu. Dookoła welurowe koce w panterkę, pluszowe kotki. Duszno, zapach brudu, starości i moczu.
- Mama odcinała górę pięciolitrowej butelki, bo nie chciało jej się chodzić do łazienki. Potem zapominała to wylać.
Pierwszej nocy Hania płakała, a sprężyny starej wersalki wbijały jej się w plecy. Kupiła błękitną pościel z Ikei, bo chciała mieć coś swojego, żeby nie zwariować. Przez dwa tygodnie głównie spała. Znowu pomogła Iwona. Wpadała z workami na śmieci i mówiła: musisz, bo inaczej nie dasz sobie tutaj rady.