Nigdy nie sądziłem, że napiszę kiedykolwiek tekst o Izraelu i Palestynie. Nigdy tam nie byłem. Izrael i Palestyna bywają za to u mnie - od 7 października 2023 roku dość regularnie. Pojawiają się w newsach, w feedzie moich social mediów, w podcastach, których słucham, w książkach, które czytam, na zdjęciach i w filmach, które oglądam.
Są w mojej głowie.
Informacje, które do mnie stamtąd docierają, rezonują z pytaniami, które zadaję sobie od kilku lat -
od pierwszego dużego kryzysu migracyjnego na granicach Unii Europejskiej w 2014 i 2015 roku
odkąd jestem ojcem
od czasu raportu IPCC z 2018 o skali katastrofy klimatycznej
od czasów Usnarza i późniejszych kryzysów na granicy polsko-białoruskiej
od czasu, kiedy opinia publiczna w Polsce właściwie przestała liczyć ofiary znajdowane w lasach i rzekach na naszej wschodniej granicy
od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie
odkąd przeczytałem Apeirogon Columma McCanna
od kiedy Trump znów jest prezydentem USA
od 7 października 2023 roku
od kiedy zobaczyłem filmy, na których widać martwe palestyńskie dzieci z głowami precyzyjnie przestrzelonymi przez izraelskich snajperów.
Te wszystkie momenty w historii świata i w mojej osobistej historii rodziły kolejne znaki zapytania. Wszystkie one dotyczyły tego, co można by górnolotnie nazwać „moralną kondycją Zachodu”.