Jednocześnie jednak wciąż w wielu miejscach próbuje się wprowadzać zmiany. Przyglądam się temu i nie zawsze zgadzam się z kierunkiem, w którym podąża się w niektórych krajach. Sama jestem zaangażowana w reformę w Irlandii Północnej, która może przynieść bardzo duże zmiany. Z tym zawsze wiąże się ryzyko polityczne, w związku z czym trzeba mieć autentyczne przekonania i chęć bycia w polityce nie dla własnego ego, tylko po to, by coś poprawić. To wcale nie takie częste, bo w wielu miejscach ministerstwami edukacji kierują osoby, które nie mają wykształcenia pedagogicznego i niespecjalnie znają się na tych zagadnieniach. A edukacja, tak samo jak np. ochrona zdrowia, to bardzo skomplikowana dziedzina ekspercka. To powoduje silną pokusę, by szukać łatwych wygranych, czyli podejmować działania, co do których jest spora szansa, że będą popularne. Przykładem niech będą darmowe posiłki w szkołach – proste, ludzie rozumieją, o co chodzi, raczej nikt cię nie będzie z tego powodu nienawidzić. Zdarzają się też jednak dobre przykłady, jak właśnie Irlandia Północna. Minister, zanim objął stanowisko, nie wiedział za wiele o edukacji, ale uznał za swój moralny obowiązek, by zgłębić temat i otoczyć się odpowiednimi doradcami. Dzięki temu dość szybko można było zdiagnozować problemy oraz zaproponować potencjalne rozwiązania.
Możesz powiedzieć nieco więcej o tej reformie?
Zmieni się kilka rzeczy na raz, więc mówimy o kompleksowej reformie. Jestem wiceprzewodniczącą zespołu, który zajmuje się programem nauczania. Do tej pory jego kształt dobrze odzwierciedlał to, o czym mówiłam wcześniej, czyli nacisk na kompetencje XXI wieku i niejasne zapisy dotyczące tego, jaką wiedzę mają uzyskać uczniowie. Były tam np. mało konkretne stwierdzenia, że szkoły powinny móc reagować na potrzeby uczniów. Efekt był taki, że każda szkoła podstawowa uczyła czegoś innego. A kiedy tak się dzieje, w szkole średniej trzeba zaczynać wszystko od początku, bo nie ma wspólnego poziomu wiedzy. Pracujemy więc – w grupach złożonych zarówno z nauczycieli, jak i ekspertów – nad opracowaniem bardziej szczegółowego programu nauczania, by wiadomo było, co należy wiedzieć z historii, matematyki, geografii, etc. Jednocześnie nie rezygnujemy całkowicie ze swobody. Nie twierdzimy „każdy musi przeczytać tę książkę lub poznać dzieła tego artysty”. Przykładowo: szkoła ma za zadanie nauczyć dzieci, czym jest metafora, ale czy zrobi to przy pomocy „Myszy i ludzi”, czy „Romeo i Julii”, czy jeszcze czegoś innego, zależy już od nauczycieli. Do tego reforma zakłada o wiele więcej szkoleń z różnych metod nauczania, co ma być podparte licznymi badaniami na temat kognitywistyki i tego, jak dzieci się uczą. Dyskutujemy też o nowym sposobie oceniania uczniów. Wiąże się to zresztą z tym, o czym rozmawiamy – kompetencjami XXI wieku. Wielu umiejętności nie da się dokładnie zmierzyć. Weźmy krytyczne myślenie – jeśli chciałbyś sprawdzić moje krytyczne myślenie w kontekście polityki edukacyjnej, to uzyskam wysoki wynik, ponieważ wiem o tym bardzo dużo, ale o wiele gorzej wypadnę w kontekście ekonomii. Co to mówi o moim krytycznym myśleniu?
Brzmi rzeczywiście jak poważna zmiana. Miałem zresztą pytanie zakładające, że w jakimś kraju pojawiają się politycy, którzy chcą rzeczywiście coś zmienić na lepsze w edukacji. Wiadomo, że dużo zależy od lokalnych uwarunkowań, kultury, ale to też – jak pokazujesz w książce – da się zmienić. Gdybyś miała więc wybrać po jednym elemencie z każdego z pięciu miejsc, które odwiedziłaś, to co by to było?
Zacznijmy od Japonii. Jest tam tzw. analiza lekcji, czyli skuteczny system rozwoju nauczycieli poprzez praktykę, w koleżeński, wspierający sposób. Chodzi o to, że nauczyciele tego samego przedmiotu spotykają się i wspólnie szczegółowo planują jedną lekcję, zapoznając się przy tym z badaniami na temat najlepszego sposobu nauczania. Potem jeden z nich prowadzi zajęcia, a reszta obserwuje, jak na wszystko reagują uczniowie – czy jest tak, jak się spodziewaliśmy, czy rozumieją zagadnienia, które są im przekazywane, co można poprawić? Następnie spotykają się, dyskutują o swoich przemyśleniach i aktualizują plan lekcji. Robią dokładnie to, co stanowi rdzeń ich pracy, czyli badają interakcję między nauczaniem a uczeniem się. Uważam to za naprawdę bardzo dobry sposób na rozwój umiejętności nauczycielskich, który pozytywnie wpływa na motywację, a także daje okazję do regularnych rozmów z innymi przedstawicielami zawodu.
Jako drugi niech będzie Szanghaj.
Wskazałabym na podejście do poprawy jakości nauczania w szkołach. Przede wszystkim władze mają dokładne informacje na temat wyników uczniów, a wcale nie wszędzie jest to obecne. Kiedy dana placówka nie radzi sobie dobrze, nie grożą, nie nakładają grzywny, nie zwalniają nauczycieli, a przecież tak się zdarza w niektórych miejscach, co moim zdaniem prowadzi do powstania kultury strachu i ukrywania problemów. W Szanghaju do szkoły wysyła się dyrektora i kilku nauczycieli z dobrze funkcjonującej placówki o zbliżonym poziomie — nie łączy się w ten sposób szkoły bardzo zamożnej z tą z uboższej dzielnicy. Goście spędzają w słabiej radzącej sobie szkole kilka miesięcy, pracując nad tym, co można zmienić i poprawić, dzieląc się doświadczeniami, które wcześniej się sprawdziły. Innymi słowy chodzi o rozwój potencjału kadry, co jest bardzo ważne i pomaga rzeczywiście rozwiązać problemy.
A coś z Finlandii, mimo że sporo się tam zmieniło?
Z tego kraju wybrałabym system wsparcia uczniów, a raczej filozofię stojącą za nim jakiś czas temu. Kiedy funkcjonował tam jasno zdefiniowany program nauczania, wiadomo było, co uczniowie muszą wiedzieć i umieć, a kiedy dziecko miało trudności, udawało się to zauważyć na wczesnym etapie. Wdrażano więc odpowiednią pomoc, by mogło kontynuować naukę w ramach głównego programu. W razie konieczności były prowadzone dodatkowe rozmowy z rodzicami, psychologiem, dyrektorem. Jeżeli i to nie pomogło, dostosowywano oczekiwania wobec takiego dziecka. Generalnie chodzi o poświęcanie indywidualnej uwagi uczniowi i monitorowanie, co można zrobić, by nadążał z nauką. Połączono to z obecnością w każdej szkole nauczycieli, których zadaniem była właśnie praca z dziećmi potrzebującymi wsparcia. To osoby o bardzo dużych kwalifikacjach, nie tylko pedagogicznych. Obecnie jednak ten fiński model również jest częściowo zmieniany.
No dobrze, to co warto byłoby wziąć z Singapuru?
Żeby była jasność – jestem zwolenniczką demokracji. Zaletą państwa jednopartyjnego jest jednak o wiele większa przestrzeń na to, by dać czas na przygotowanie i wdrożenie rozwiązań opartych na badaniach. Dobrze to widać w pedagogice – Singapur jest cały czas na bieżąco z raportami wskazującymi, jak najlepiej uczyć różnych przedmiotów. Każdy nauczyciel ma więc nieco inne szkolenie, specyficznie związane z danym obszarem. Mają tam nawet specjalny uniwersytet, który się tym zajmuje, a także dba o rozwój kadry na każdym etapie kariery nauczyciela. W związku z tym mają też przejrzystą strukturę awansów. Aby go osiągnąć, potrzebne są odpowiednia wiedza, umiejętności, udokumentowane zrealizowane projekty. Oznacza to, że w każdym momencie istnieje motywacja, by nauczyciel zapoznał się z nowymi badaniami, bo awans wiąże się też ze zwiększeniem wynagrodzenia.
No to została nam jeszcze Kanada.
Kanada jest najbardziej skomplikowana, bo to kraj, w którym występują duże różnice między szkołami, nie tylko na poziomie całego państwa, ale też poszczególnych prowincji. Myślę jednak, że wszystkie placówki, które tam odwiedziłam, łączyło to, że bardzo poważnie traktowały zajęcia pozalekcyjne. Tłumaczono mi, że powodem jest to, by każde dziecko czuło się częścią grupy i by miało poczucie, że ktoś o nie dba. Może więc chodzić o drużynę sportową albo klub gier karcianych. Kiedy uczeń wie, że jest częścią grupy oraz ma przynajmniej jednego nauczyciela, który się o niego troszczy, chętniej chodzi do szkoły i stara się jak najlepiej uczyć na wszystkich lekcjach. Myślę, że to bardzo dobre i skuteczne podejście do budowania relacji oraz wspierania dzieci w nauce.
Sporo mówisz o dzieciach, które potrzebują różnego rodzaju wsparcia. Chociaż żyjemy w coraz bardziej nierównym świecie, rozumiem, że edukacja wciąż ma potencjał by te nierówności eliminować?
Uważam, że to jak najbardziej możliwe i to jeden z najwartościowszych celów edukacji. A w zasadzie być może edukacja to jedyny sposób, w jaki możemy ograniczyć problem nierówności. Gdyby jej nie było, dzieci i tak byłyby kształcone przez swoich rodziców, co tylko pogłębiałoby różnice. Szkoła jest miejscem wyrównywania szans, przy czym musi istnieć odpowiedni program nauczania, który pozwala na zdobycie i rozwój wiedzy. Myślę, że niektóre podejścia do kształtowania systemów edukacji w XXI wieku zawiodły część dzieci, bo zbyt mocno polegały na tym, co one już wiedzą i potrafią. Swoją drogą dodam, że jednym z powodów, dla których faktycznie nadal możliwe jest niwelowanie różnic poprzez edukację, jest to, że wiele prywatnych, dobrze prosperujących szkół stosuje metody, które tak naprawdę nie są korzystne dla uczniów. Nie oceniam tego, ale chciałabym podkreślić, że postrzegana jako gorsza państwowa szkoła, która ma odpowiedni program nauczania i dba o rozwój dzieci, może dać więcej niż ta prywatna. A to ma szansę przełożyć się na zasypywanie różnic.
A jak zapatrujesz się w kontekście tego wszystkiego, o czym rozmawiamy, na nowe technologie, media społecznościowe? Coraz częściej dyskutuje się np. o tym, czy nie wprowadzić ograniczeń wiekowych w korzystaniu z mediów społecznościowych lub o zakazie używania smartfonów w szkołach. Uważasz, że to dobre pomysły?
Zdecydowanie tak. Myślę zresztą, że innym powodem gorszych wyników fińskiego systemu edukacji jest nadużywanie nowych technologii i smartfonów w szkołach. To samo widziałam w Szwecji, gdzie dzieci korzystają z nich podczas lekcji. Gdy nie ma tu jasno określonych i egzekwowanych zasad, dzieci są po prostu stale rozproszone. I w związku z tym uczą się mniej, co nie powinno być zaskoczeniem dla nikogo, kto ma do czynienia z dziećmi i nastolatkami. Jeżeli mają one w kieszeni telefon, na który przychodzą powiadomienia, to oczekiwanie od nauczyciela, że zainteresuje ich lekcją o płytach tektonicznych jest pozbawione sensu. To zwyczajnie niemożliwe. Konieczne jest wyeliminowanie tych rozpraszaczy poprzez zakaz używania smartfonów na lekcjach. Nie znaczy to, że nie można nauczyć się korzystać z nowych technologii w szkołach. Odwiedziłam kiedyś szkołę w Estonii, która moim zdaniem poradziła sobie z tym naprawdę dobrze. Mieli salę komputerową czy pracownię robotyki, w których uczono dzieci informatyki, programowania i kodowania. Jednak podczas lekcji geografii, uczniowie używali papierowych atlasów, pisali w zeszytach długopisem, a z technologii korzystali tylko wtedy, gdy miało to jakiś związek z przedmiotem. W takim wypadku przywożono wózek z laptopami z odpowiednim oprogramowaniem, a następnie odkładano sprzęt z powrotem na półkę. Można uczyć dzieci korzystania z nowych technologii, nie dając im całkowitej swobody.
A co z AI, którą niektórzy wykorzystują wręcz jako argument, że w zasadzie to nie potrzeba już edukacji? Czy edukacja ma przyszłość?
Z pewnością. Rozumiem, czemu niektórzy tak myślą o AI, ale według mnie wynika to z tego, że nie rozumieją, jak działa ludzki mózg, nie studiowali psychologii poznawczej. Nie możemy zostać zastąpieni przez sztuczną inteligencję, a jeżeli byłoby to możliwe, stanowiłoby to coś bardzo złego.