Na facebookowym profilu nagłówek jest podany białą czcionką na wściekle czerwonym tle. Uznaję jako czytelnik, że wiadomość jest poważna i pilna. Klikam.
Z samego artykułu dowiaduję się, że wirus rozprzestrzenił się, ale na TRZY OSOBY. Na obszarze, gdzie mieszka ponad miliard sześćset milionów osób. Przebadano ponad dwieście osób, które miały kontakt z zakażonymi i nikt nie zaraził się wirusem. W czwartym akapicie czytam: „(...) Światowa Organizacja Zdrowia ocenia ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa Nipah w regionie i na świecie jako niskie (...)”.

To nie „masońskie” czy „reptiliańskie” WHO manipuluje nami i naszymi emocjami. Robi to ktoś znacznie bliżej nas – nasze własne media. Poprawny tytuł mógłby brzmieć: „Trzy kolejne przypadki wirusa NIPAH. WHO i specjaliści uspokajają. Oceniają ryzyko epidemii jako niskie”. To kolejny materiał, który został poddany anatomicznej sekcji przez ekipę facebookowego profilu „Streszczam clickbaitowe artykuły, żebyś nie musiał klikać”. Osoby, które ją prowadzą, przedstawiają się jako „pierwsza w Polsce inicjatywa przeciwko głupim nagłówkom”.
Jestem w tym momencie ich rzecznikiem prasowym ad hoc, ponieważ nie występują publicznie i nie ujawniają swoich nazwisk. Co więcej – chociaż napisałem wyżej „ekipa”, nie mam pewności, czy jest to grupa, czy jedna osoba. Niemniej korespondujemy ze sobą i mimo że pierwszy raz w mojej pracy dziennikarskiej zdarza mi się nie znać rozmówcy (w tym przypadku korespondenta), wykazuję zaufanie. Inicjatywa jest tak potrzebna, że bez względu na to, kto za nią stoi, będę ją propagował. Profil ma ponad sto dwadzieścia tysięcy obserwujących – jak rozumiem osób, które chciałyby, aby media były uczciwe. Wydawałoby się, że to czytelnicy świadomi, a jednak jeden z pierwszych komentarzy pod informacją o wirusie Nipah brzmi: „Lepiej niech WHO ogłosi nieustającą epidemię głodu, aniżeli ciągle straszą niby śmiertelnymi wirusami”.
O czym to świadczy? Ktoś scrollował Fb i zareagował tylko na obrazek, nie wchodząc w szczegóły. Nasze poglądy, decyzje i wybory polityczne są sterowane przez nagłówki. Mało kto zagląda (klika) głębiej. To niebezpieczne z wielu powodów.
Przede wszystkim dlatego, że strach działa jak inflacja — im częściej się nim operuje, tym mniej jest wart. Jeśli każdego dnia ogłasza się kolejne „zagrożenie”, „alarm” i „niepokój ekspertów”, odbiorcy przestają reagować adekwatnie. Kiedy pojawia się realny problem, część ludzi wpada w panikę, a część wzrusza ramionami, bo przecież „już tyle razy nas straszyli”. Po drugie, taki sposób informowania niszczy zaufanie. Nie do organizacji międzynarodowych, nie do naukowców, ale do samej informacji jako takiej. Czytelnik widzi dramatyczny nagłówek, a potem dowiaduje się, że sytuacja jest stabilna i ryzyko niewielkie. Zapamiętuje jednak emocję, a nie sprostowanie. Po trzecie, clickbait nie informuje, on programuje reakcję. Nagłówek ma wywołać złość, strach czy też poczucie zagrożenia, bo to właśnie te emocje najlepiej sprzedają reklamy. Problem w tym, że społeczeństwo karmione emocjami zaczyna podejmować decyzje na podstawie emocji. Dotyczy to nie tylko zdrowia czy bezpieczeństwa, ale także wyborów politycznych, ocen ludzi czy instytucji. Wystarczy obrazek i kilka słów napisanych wielkimi literami. I jest jeszcze wysoka cena tego wszystkiego, którą media płacą same sobie. Każdy przerysowany nagłówek to kolejny mały kredyt zaciągnięty na zaufaniu czytelników. Działa tylko przez jakiś czas, kliknięć jest tyle, ile chcemy. Ale w pewnym momencie bardziej czujny odbiorca przestaje wierzyć w cokolwiek. A medium, któremu się nie wierzy, przestaje być medium. Staje się tylko kolejnym źródłem hałasu.
Bo problemem nie jest to, że świat bywa niebezpieczny. Problemem jest to, że przestajemy odróżniać prawdziwe zagrożenie od czerwonego tła i dużej czcionki. Wtedy nie przegrywa już tylko rzetelność dziennikarska. Przegrywa zdrowy rozsądek.
A społeczeństwo, które podejmuje decyzje na podstawie nagłówków zamiast faktów, wcześniej czy później zaczyna bać się nie tego, co trzeba.