Kasia Leville

Przegwizdane

Komentarz

Alejandro Diaz Manrique/Shutterstock

Tej zimy w moim mieście amuletami stały się gwizdki. W Minneapolis, w stanie Minnesota, nosimy je zawieszone na szyjach, przypięte do kluczy lub schowane w kieszeniach kurtek. Mam dwa: jeden metalowy, pozostałość po przygłuchym psie, drugi plastikowy, z nadrukiem numeru telefonu do organizacji ostrzegającej przed nalotami ICE. Słowo ICE, po angielsku lód, do niedawna tak zwyczajne w mieście zamarzniętych jezior, nabrało nowego znaczenia. ICE to akronim Immigration and Customs Enforcement, federalnej policji imigracyjnej.

Prezydent realizuje zapowiadaną misję deportacji na niespotykaną skalę. Około ośmiu procent mieszkańców Minnesoty to imigranci, przede wszystkim z Somalii. Prezydent określa Somalijczyków mianem „śmieci”. Jednak lokalne władze i policja odmawiają współpracy ze służbami imigracyjnymi. Głowę państwa otwarcie krytykuje gubernator stanu, który jako kandydat na wiceprezydenta towarzyszył jego przeciwniczce w ubieganiu się o prezydenturę.

Prezydenta denerwują także powiewające na naszych kościołach tęczowe flagi. Postanawia więc zrobić z Minnesoty ostrzeżenie dla innych. Liberalny, nieposłuszny stan ma być przestrogą.

Wysyła do nas tysiące słabo przeszkolonych, za to świetnie uzbrojonych funkcjonariuszy federalnych. Pochodzą głównie z konserwatywnych, republikańskich stanów. Wielu z nich to bojówkarze, którzy pięć lat temu szturmowali Kapitol. Członkowie Proud Boys. To tak, jakby w Polsce tak zwani patrioci dostali ostrą broń, gaz łzawiący i błogosławieństwo prezydenta. Przybyli do Gdańska, Warszawy lub Wrocławia, aby zatrzymywać tych, których nienawidzą. Niebiałych, nienormatywnych, z kolorowymi włosami, niemówiących biegle po polsku. Państwo sowicie ich opłaca i premiuje za liczbę aresztowań.

Tacy ludzie krążą teraz kolumnami SUV-ów po dzielnicach i przedmieściach Minneapolis i St. Paul, tam gdzie skupiają się osiedla i biznesy należące do imigrantów. Chodzą od drzwi do drzwi, pytają mieszkańców o adresy ich imigranckich sąsiadów. Otaczają przedszkola i szkoły, przede wszystkim te hiszpańskojęzyczne, śledzą szkolne autobusy. Przeszukują szpitale i kliniki, wlewają się do supermarketów i bibliotek. „Gdzie się urodziłeś?” pytają.

Z przerażeniem słuchamy doniesień i oglądamy nagrania z kolejnych wydarzeń. Zatrzymania na ulicach i przystankach autobusowych. Aresztowania klientów i pracowników restauracji. Uczniów i nauczycieli. Wybijane okna samochodów, wywlekani na jezdnię kierowcy i pasażerowie. Niepełnosprawna kobieta wleczona po śniegu. Chłopak przygnieciony do ziemi przez sześciu zamaskowanych mężczyzn, kopany kolanem w twarz. Starszy mężczyzna wyprowadzany z domu w mróz w bieliźnie i w kapciach, broń wymierzona w jego wnuki. Pięcioletni dzieciak trzymany przed swoim domem w roli przynęty, aby wywabić matkę. Drzwi wybite taranem. Gaz rozpylany prosto w twarz powalonego, bezbronnego człowieka.

Znika coraz więcej ludzi. Na ulicach widać porzucone samochody z wybitymi oknami. Pustoszeją szpitale i kliniki. Pacjenci przerywają leczenie. Kobiety rodzą w domach.

Porwani to najczęściej osoby o niebiałym kolorze skóry. Często obywatele USA, posiadacze zielonych kart lub osoby ubiegające się o azyl. Najgorsi z najgorszych, chwali się prezydent. Najlepsi z najlepszych, mówi znajomy prawnik imigracyjny. Wiemy, że to nasi sąsiedzi i przyjaciele.

Zatrzymywani bez sądowego nakazu, często bez dostępu do adwokata. Przetrzymywani w federalnym budynku Whipple w St. Paul, na terenie Fortu Snelling. To miejsce ma swoją historię. W XIX wieku służyło jako obóz internowania ludności Dakotów. Dziś trafiają tam osoby porwane przez rząd federalny. Także rdzenni Amerykanie z plemienia Oglala Sioux.

Niektórych, głównie obywateli amerykańskich, wypuszcza się po kilku godzinach. Pozostałych wywozi się do Teksasu i deportuje. Ci, którym udało się wyjść, opowiadają o koszmarnych warunkach. O braku higieny, leków, jedzenia i wody. O biciu. O poniżaniu. O krzyku, łkaniu i błaganiach mężczyzn, kobiet i dzieci. O śmiechu agentów.

Boimy się, ale nie ma kogo wezwać na pomoc. Agenci ICE przewyższają liczebnie lokalnych policjantów i chroni ich prezydencka obietnica bezkarności. Gubernator i burmistrz protestują, wytaczają rządowi kolejne sprawy. Prawo jednak przestaje działać, a korzystne dla nas orzeczenia sądów są ignorowane. Departament Sprawiedliwości wszczyna przeciwko naszym władzom dochodzenie w sprawie domniemanego spisku.

Boimy się, ale strach nas nie paraliżuje. Mamy przy sobie paszporty i gwizdki. Gdy pojawiają się samochody z rejestracją spoza stanu, zaczynamy gwizdać. Wybiegamy na ulice. Krzyczymy. Przeklinamy tak, jak w poprawnej i purytańskiej Minnesocie nikt wcześniej nie słyszał. Czasem to wystarcza. Agenci, otoczeni przez tłum, puszczają zatrzymaną osobę i odjeżdżają. Czasem jednak reagują agresją. Nie tolerują sprzeciwu. Nie znoszą drwin. Najmniej wtedy, gdy drwią z nich kobiety.

„Nie jestem na ciebie zła” mówi Renee Good do agenta ICE, zanim ten ją zastrzeli. „Pieprzona suka” rzuca on już po strzale.

Po tej śmierci temperatura rośnie. Protesty, kwiaty, znicze. Na transparentach napis: Be Good. Prezydent nazywa Renee terrorystką i wysyła do nas jeszcze więcej ludzi w maskach. Ci już nie odpuszczają. Prowokują tłum. Rośnie okrucieństwo, rośnie pogarda. Aresztują protestujących i obserwatorów nagrywających ich telefonami. „Ty lesbijska suko, niczego się nie nauczyłaś!” wrzeszczą, przyciskając młodą kobietę do ziemi. Komandor Greg Bovino przechadza się demonstracyjnie w nazistowskim płaszczu. Pozuje. Ostentacyjnie rzuca granat z gazem w tłum obserwatorów.

ICE wprowadza nowe taktyki. Wysyła prowokatorów i szpiegów podszywających się pod aktywistów. Nad miastem krążą helikoptery. Funkcjonariusze federalni dostają Webloc i Tangles, nowe narzędzia cyfrowego śledzenia. Oglądamy wypowiedź Kristi Noem, sekretarz bezpieczeństwa krajowego, znanej z zastrzelenia własnego psa za to, że był nieprzydatny do polowania. Zapowiada, że przechytrzy „agresywne potwory atakujące organy ścigania”.

Dlatego do gwizdków musimy teraz dodać maski gazowe, butelki z wodą oraz gogle narciarskie albo pływackie. I zatyczki do uszu, bo do gazu i gumowych kul doszła broń akustyczna, która bezpowrotnie uszkadza słuch.

Na zewnątrz trzaska mróz, ale nam jest ciepło. Tworzymy grupy wzajemnej pomocy. Rozrasta się nasza sieć commuters. Jeździmy po mieście, wypatrując agentów. Ostrzegamy mieszkańców. Poprzez komunikator Signal koordynujemy obserwację – gdy jeden z nas traci ich auta z oczu, inny przejmuje śledzenie. Przekazujemy sobie ich pozycje jak pałeczkę w sztafecie. Niektórzy robią to rano przed pracą. Ci, którzy mogą, kontynuują w ciągu dnia.

Nie tylko kościoły, ale też najmniejsze lokalne biznesy przeistaczają się w ośrodki dowodzenia i wsparcia. Są wśród nich księgarnie, kawiarnie i restauracje. Jest lokalny sex shop. Jedna z pracujących tam aktywistek mówi, że klienci zawsze zawierzali jej najbardziej intymne sekrety. To naturalne, że teraz szukają u niej pomocy, gdy boją się wychodzić z domu. Jeśli masz trzysta dolarów na zabawkę erotyczną, możesz te pieniądze wydać na zakupy dla kogoś – przekonuje. Między opakowaniami z dildo a skórzanymi obrożami piętrzą się paczki z pieluchami, fasolą w puszkach i bananami. To my znosimy tam produkty, których potrzebują ukrywające się imigranckie rodziny. Sortujemy je i pakujemy do swoich samochodów, żeby zawieźć je tym rodzinom.

W tych małych księgarniach, kawiarniach i piwnicach kościołów uczymy się, jak przemyć oczy po ataku gazem. Jak stawić czoła agentom ICE. Jak ich zgubić, gdy nas śledzą. Kiedy zjeść kartkę z adresem ukrywającej się rodziny.

Malujemy transparenty, drukujemy napisy na koszulkach. Na wzór norweskiego ruchu oporu robimy na drutach czerwone czapki. Rozmawiamy, płaczemy, śpiewamy. Tak, czasami też się śmiejemy. Zamiast „dobranoc” mówimy „Fuck ICE”.

Próbujemy żyć. Jeździmy do pracy, chociaż coraz trudniej się skupić. Szczególnie ciężko tym, których współpracownicy mieszkający na przedmieściach mówią: „o co wam chodzi?”. „Jakbyście przestrzegali prawa, nic by się nikomu nie stało”. Tak trudno ich słuchać, trudno rozmawiać. Zwłaszcza po tym, gdy z rąk agentów ICE ginie kolejny człowiek. Alex Pretti. A my słyszymy: „zasłużył”. Nie dziwi nas, gdy rząd nazywa tego pięknego człowieka płatnym agitatorem. Pęka nam serce, gdy mówią to nasi rodzice.

Jedziemy do domów i wieczorami znów stajemy na straży biznesów prowadzonych przez imigrantów, żeby nie musieli ich zamykać i zwalniać pracowników. Rankiem stoimy przed szkołami lub dowozimy tam dzieci, bo ich rodzice boją się wyjść z domów, bez względu na status imigracyjny. W dwudziestostopniowym mrozie stróżujemy grupami na rogach ulic, wypatrując okupantów. Ktoś wciąż donosi nam kawę, pączki i ogrzewacze do rąk. Wpłacamy pieniądze na adwokatów, na niezapłacony czynsz, na telefon do rodziny z aresztu. Na kurtki dla tych, którzy są wypuszczani z budynku Whipple w mróz w samych podkoszulkach, tak jak zostali zatrzymani w domu, restauracji czy szpitalu. Na benzynę dla wolontariuszy, którzy czekają z tymi kurtkami na wypuszczanych.

Zaczynają nas słyszeć poza miastem. Bruce Springsteen nagrywa o nas piosenkę „Ulice Minneapolis”, a potem dołącza do koncertu w lokalnym klubie muzycznym. Mówią o nas Jane Fonda i CNN. Pisze „The New York Times”.

Prezydent spuszcza z tonu, obiecuje zmianę kursu. Nie wierzymy mu.

Nadal wybiegamy z domów i gwiżdżemy, kiedy sąsiedzi nas potrzebują. Organizujemy protesty, koncerty, spotkania. Stoimy w grupkach, maszerujemy tysiącami. Rozpalamy ogniska na zamarzniętych jeziorach, bębnimy na ulicach, wymachujemy transparentami na mostach. Nie myślcie, że to nie wydarzy się w waszym mieście. Wydarzy się. Bądźcie gotowi.

 

______________

Kasia Leville - Polka od ponad dwudziestu lat mieszkająca w Minneapolis.

Ten serwis utrzymujemy dzięki wsparciu Patronów i Patronek. Nie optymalizujemy tekstów pod kątem SEO, nie walczymy o clickbaity i zasięgi. Chcemy być miejscem, w którym można czytać wartościowe reportaże, komentarze, wywiady i felietony. Jeśli doceniasz naszą pracę, prosimy, rozważ drobne wsparcie naszych wysiłków. Dołączając do naszej społeczności w serwisie Patronite, pomagasz nam tworzyć jakościowe teksty.

Wspieraj na Patronite

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip