Porwani to najczęściej osoby o niebiałym kolorze skóry. Często obywatele USA, posiadacze zielonych kart lub osoby ubiegające się o azyl. Najgorsi z najgorszych, chwali się prezydent. Najlepsi z najlepszych, mówi znajomy prawnik imigracyjny. Wiemy, że to nasi sąsiedzi i przyjaciele.
Zatrzymywani bez sądowego nakazu, często bez dostępu do adwokata. Przetrzymywani w federalnym budynku Whipple w St. Paul, na terenie Fortu Snelling. To miejsce ma swoją historię. W XIX wieku służyło jako obóz internowania ludności Dakotów. Dziś trafiają tam osoby porwane przez rząd federalny. Także rdzenni Amerykanie z plemienia Oglala Sioux.
Niektórych, głównie obywateli amerykańskich, wypuszcza się po kilku godzinach. Pozostałych wywozi się do Teksasu i deportuje. Ci, którym udało się wyjść, opowiadają o koszmarnych warunkach. O braku higieny, leków, jedzenia i wody. O biciu. O poniżaniu. O krzyku, łkaniu i błaganiach mężczyzn, kobiet i dzieci. O śmiechu agentów.
Boimy się, ale nie ma kogo wezwać na pomoc. Agenci ICE przewyższają liczebnie lokalnych policjantów i chroni ich prezydencka obietnica bezkarności. Gubernator i burmistrz protestują, wytaczają rządowi kolejne sprawy. Prawo jednak przestaje działać, a korzystne dla nas orzeczenia sądów są ignorowane. Departament Sprawiedliwości wszczyna przeciwko naszym władzom dochodzenie w sprawie domniemanego spisku.
Boimy się, ale strach nas nie paraliżuje. Mamy przy sobie paszporty i gwizdki. Gdy pojawiają się samochody z rejestracją spoza stanu, zaczynamy gwizdać. Wybiegamy na ulice. Krzyczymy. Przeklinamy tak, jak w poprawnej i purytańskiej Minnesocie nikt wcześniej nie słyszał. Czasem to wystarcza. Agenci, otoczeni przez tłum, puszczają zatrzymaną osobę i odjeżdżają. Czasem jednak reagują agresją. Nie tolerują sprzeciwu. Nie znoszą drwin. Najmniej wtedy, gdy drwią z nich kobiety.
„Nie jestem na ciebie zła” mówi Renee Good do agenta ICE, zanim ten ją zastrzeli. „Pieprzona suka” rzuca on już po strzale.
Po tej śmierci temperatura rośnie. Protesty, kwiaty, znicze. Na transparentach napis: Be Good. Prezydent nazywa Renee terrorystką i wysyła do nas jeszcze więcej ludzi w maskach. Ci już nie odpuszczają. Prowokują tłum. Rośnie okrucieństwo, rośnie pogarda. Aresztują protestujących i obserwatorów nagrywających ich telefonami. „Ty lesbijska suko, niczego się nie nauczyłaś!” wrzeszczą, przyciskając młodą kobietę do ziemi. Komandor Greg Bovino przechadza się demonstracyjnie w nazistowskim płaszczu. Pozuje. Ostentacyjnie rzuca granat z gazem w tłum obserwatorów.
ICE wprowadza nowe taktyki. Wysyła prowokatorów i szpiegów podszywających się pod aktywistów. Nad miastem krążą helikoptery. Funkcjonariusze federalni dostają Webloc i Tangles, nowe narzędzia cyfrowego śledzenia. Oglądamy wypowiedź Kristi Noem, sekretarz bezpieczeństwa krajowego, znanej z zastrzelenia własnego psa za to, że był nieprzydatny do polowania. Zapowiada, że przechytrzy „agresywne potwory atakujące organy ścigania”.
Dlatego do gwizdków musimy teraz dodać maski gazowe, butelki z wodą oraz gogle narciarskie albo pływackie. I zatyczki do uszu, bo do gazu i gumowych kul doszła broń akustyczna, która bezpowrotnie uszkadza słuch.
Na zewnątrz trzaska mróz, ale nam jest ciepło. Tworzymy grupy wzajemnej pomocy. Rozrasta się nasza sieć commuters. Jeździmy po mieście, wypatrując agentów. Ostrzegamy mieszkańców. Poprzez komunikator Signal koordynujemy obserwację – gdy jeden z nas traci ich auta z oczu, inny przejmuje śledzenie. Przekazujemy sobie ich pozycje jak pałeczkę w sztafecie. Niektórzy robią to rano przed pracą. Ci, którzy mogą, kontynuują w ciągu dnia.
Nie tylko kościoły, ale też najmniejsze lokalne biznesy przeistaczają się w ośrodki dowodzenia i wsparcia. Są wśród nich księgarnie, kawiarnie i restauracje. Jest lokalny sex shop. Jedna z pracujących tam aktywistek mówi, że klienci zawsze zawierzali jej najbardziej intymne sekrety. To naturalne, że teraz szukają u niej pomocy, gdy boją się wychodzić z domu. Jeśli masz trzysta dolarów na zabawkę erotyczną, możesz te pieniądze wydać na zakupy dla kogoś – przekonuje. Między opakowaniami z dildo a skórzanymi obrożami piętrzą się paczki z pieluchami, fasolą w puszkach i bananami. To my znosimy tam produkty, których potrzebują ukrywające się imigranckie rodziny. Sortujemy je i pakujemy do swoich samochodów, żeby zawieźć je tym rodzinom.