Na podeście kobieta w prostej sukni z odkrytymi plecami. Mówi szybko i dużo, o sali pod Łodzią, o kwiatach, które nie dojechały na czas na próbną aranżację. O telefonach od rodziny i o tym, że od kilku tygodni każda rozmowa kończy się pytaniem o ślub.
Kinga Bagnowska-Badek stoi za nią z welonem przewieszonym przez przedramię Tiul jest cienki, miękki i prawie przezroczysty. Projektantka przypina grzebyk wysoko, tuż nad upięciem włosów, poprawia materiał przy ramionach i odsuwa się nieco, obserwując sposób, w jaki welon układa się przy sylwetce i reaguje na ruch. Materiał opada aż do podłogi.
- Proszę przejść kawałek - mówi Bagnowska-Badek.
Kobieta robi kilka powolnych kroków po podeście. Tiul przesuwa się za nią z lekkim opóźnieniem i miękko układa przy ziemi. Kobieta przed lustrem zatrzymuje się. Najpierw poprawia włosy. Potem opuszcza ręce.
W atelier słychać szelest tiulu przesuwającego się po podłodze i tramwaj przejeżdżający ulicą Gdańską.
Kobieta patrzy na swoje odbicie.
- Myślałam, że będę płakać przy sukni - mówi. - A wzruszyłam się dopiero teraz.
Projektantka podchodzi bliżej i poprawia linię materiału przy ziemi, sprawdza, jak welon układa się w ruchu i czy nie załamuje się przy krawędzi sukni.
Przez następnych kilka minut żadna z nich się nie odzywa.
Kinga Bagnowska-Badek, właścicielka pracowni „Pan się żeni”, wychowała się w Białymstoku, a do Łodzi przyjechała w 2011 roku, aby studiować na Akademii Sztuk Pięknych projektowanie biżuterii i form złotniczych.
W czasie studiów zaczęła zajmować się również tkaniną. Koleżanki przynosiły jej ubrania wymagające drobnych poprawek krawieckich.
Początkowo było to: przeszycie spódnicy w talii tak, aby lepiej układała się na biodrach i nie odchodziła od pleców podczas chodzenia, skrócenie nogawek spodni z zachowaniem oryginalnego podwinięcia i fabrycznej linii stebnowania, czyli widocznego ściegu prowadzonego równolegle do krawędzi materiału stabilizującego dół nogawki, albo zwężenie rękawów koszuli w okolicy nadgarstka.
Z czasem zaczęły pojawiać się bardziej wymagające poprawki konstrukcyjne. Jedna z koleżanek przyniosła sukienkę, w której zaszewka piersiowa była źle poprowadzona, przez co materiał się załamywał i tworzył napięcia przy biuście. Ktoś inny potrzebował wszycia podszewki do cienkiej wiskozowej tkaniny, która bez dodatkowej warstwy kleiła się do ciała i nie układała się płynnie podczas ruchu.
Kinga Bagnowska analizowała konstrukcję ubrania, kierunek nitki prostej, napięcie materiału oraz proporcje między linią talii, bioder i ramion. Zaczęła interesować się nie tylko wyglądem ubrania, ale przede wszystkim jego architekturą: sposobem prowadzenia cięć, rozłożeniem zaszewek, pracą podszewki, ciężarem tkaniny i tym, jak materiał zachowuje się podczas ruchu ciała. To wszystko pozwalało jej zrozumieć, dlaczego krój nie pracuje poprawnie na sylwetce.
Jeszcze wcześniej niż akademia i pierwsze poprawki studenckie był jednak dom rodzinny w Białymstoku oraz stół stojący w mieszkaniu babci Ireny, który Kinga pamięta do dziś lepiej niż większość zabawek - zwykły drewniany stół przykryty ceratą, przy którym rano jadło się śniadania, a w południe odkładało zakupy i siatki z warzywami. Wieczorem stół zamieniał się w stanowisko pracy krawieckiej.
Zanim zaczynało się szycie, babcia zdejmowała obrus, odkładała talerze i przecierała blat dłonią tak, jakby przygotowywała powierzchnię pod wykroje.
Obok stołu stała musztardowa maszyna Łucznik z metalowym korpusem, osadzona w drewnianym stole z opuszczanym blatem, napędzana na napęd elektryczny.
Kiedy maszyna pracowała, cały mechanizm poruszał się rytmicznie: metalowe cięgła drgały pod blatem, pasek przesuwał się po kole, a stopa wprawiała w ruch ciężki żeliwny stelaż.
Maszyna miała chwytacz wahadłowy, metalową płytkę ściegową z wyżłobieniami prowadzącymi materiał oraz transporter ząbkowy, mechanizm przesuwający tkaninę pod stopką równymi skokami.
Pokrętło regulacji długości ściegu ustawiało się ręcznie, podobnie jak naprężenie nici górnej i dolnej. W szufladkach stołu leżały zapasowe igły, metalowe szpulki, małe nożyczki do obcinania nici i kostka białej kredy krawieckiej.
Kinga Bagnowska-Badek pamięta zapach maszyny, mieszankę rozgrzanego oleju technicznego, kurzu osiadającego na tkaninach i srebrne żelazko, którym przy użyciu wilgotnej ściereczki babcia rozprasowywała szwy.
Pamięta również charakterystyczny dźwięk pracy chwytacza wahadłowego oraz rytm igły zmieniający się w zależności od rodzaju materiału. Przy cienkiej bawełnie ścieg był równy i lekki, niemal szybki, natomiast przy grubszej wełnie albo kilku warstwach podszycia maszyna zwalniała.
Babcia Irena szyła dla kobiet z okolicznych miejscowości. Powstawały u niej suknie ślubne, garsonki, spódnice ołówkowe, płaszcze na acetatowej podszewce, bluzki z kołnierzami i sukienki komunijne usztywniane warstwami tiulu. Klientki przynosiły własne materiały, a każdy z nich wymagał zupełnie innej technologii szycia.
