Małgorzata Loeffler

Pół sekundy później niż ciało

Reportaż

fot. Unsplash

Na podłodze obok lustra leżą centymetr krawiecki i kilka odpiętych szpilek, pod ścianą stoją pokrowce z gotowymi welonami przygotowanymi do odbioru. Światło lamp odbija się w dużym lustrze ustawionym naprzeciwko podestu do przymiarek sukni ślubnych.

Na podeście kobieta w prostej sukni z odkrytymi plecami. Mówi szybko i dużo, o sali pod Łodzią, o kwiatach, które nie dojechały na czas na próbną aranżację. O telefonach od rodziny i o tym, że od kilku tygodni każda rozmowa kończy się pytaniem o ślub.

Kinga Bagnowska-Badek stoi za nią z welonem przewieszonym przez przedramię Tiul jest cienki, miękki i prawie przezroczysty. Projektantka przypina grzebyk wysoko, tuż nad upięciem włosów, poprawia materiał przy ramionach i odsuwa się nieco, obserwując sposób, w jaki welon układa się przy sylwetce i reaguje na ruch. Materiał opada aż do podłogi.

- Proszę przejść kawałek - mówi Bagnowska-Badek.

Kobieta robi kilka powolnych kroków po podeście. Tiul przesuwa się za nią z lekkim opóźnieniem i miękko układa przy ziemi. Kobieta przed lustrem zatrzymuje się. Najpierw poprawia włosy. Potem opuszcza ręce.

W atelier słychać szelest tiulu przesuwającego się po podłodze i tramwaj przejeżdżający ulicą Gdańską.

Kobieta patrzy na swoje odbicie.

- Myślałam, że będę płakać przy sukni - mówi. -  A wzruszyłam się dopiero teraz.

Projektantka podchodzi bliżej i poprawia linię materiału przy ziemi, sprawdza, jak welon układa się w ruchu i czy nie załamuje się przy krawędzi sukni.

Przez następnych kilka minut żadna z nich się nie odzywa.

 

Kinga Bagnowska-Badek, właścicielka pracowni „Pan się żeni”, wychowała się w Białymstoku, a do Łodzi przyjechała w 2011 roku, aby studiować na Akademii Sztuk Pięknych projektowanie biżuterii i form złotniczych.
W czasie studiów zaczęła zajmować się również tkaniną. Koleżanki przynosiły jej ubrania wymagające drobnych poprawek krawieckich.
Początkowo było to: przeszycie spódnicy w talii tak, aby lepiej układała się na biodrach i nie odchodziła od pleców podczas chodzenia, skrócenie nogawek spodni z zachowaniem oryginalnego podwinięcia i fabrycznej linii stebnowania, czyli widocznego ściegu prowadzonego równolegle do krawędzi materiału stabilizującego dół nogawki, albo zwężenie rękawów koszuli w okolicy nadgarstka.
Z czasem zaczęły pojawiać się bardziej wymagające poprawki konstrukcyjne. Jedna z koleżanek przyniosła sukienkę, w której zaszewka piersiowa była źle poprowadzona, przez co materiał się załamywał i tworzył napięcia przy biuście. Ktoś inny potrzebował wszycia podszewki do cienkiej wiskozowej tkaniny, która bez dodatkowej warstwy kleiła się do ciała i nie układała się płynnie podczas ruchu.
Kinga Bagnowska analizowała konstrukcję ubrania, kierunek nitki prostej, napięcie materiału oraz proporcje między linią talii, bioder i ramion. Zaczęła interesować się nie tylko wyglądem ubrania, ale przede wszystkim jego architekturą: sposobem prowadzenia cięć, rozłożeniem zaszewek, pracą podszewki, ciężarem tkaniny i tym, jak materiał zachowuje się podczas ruchu ciała. To wszystko pozwalało jej zrozumieć, dlaczego krój nie pracuje poprawnie na sylwetce.
Jeszcze wcześniej niż akademia i pierwsze poprawki studenckie był jednak dom rodzinny w Białymstoku oraz stół stojący w mieszkaniu babci Ireny, który Kinga pamięta do dziś lepiej niż większość zabawek - zwykły drewniany stół przykryty ceratą, przy którym rano jadło się śniadania, a w południe odkładało zakupy i siatki z warzywami. Wieczorem stół zamieniał się w stanowisko pracy krawieckiej.
Zanim zaczynało się szycie, babcia zdejmowała obrus, odkładała talerze i przecierała blat dłonią tak, jakby przygotowywała powierzchnię pod wykroje.
Obok stołu stała musztardowa maszyna Łucznik z metalowym korpusem, osadzona w drewnianym stole z opuszczanym blatem, napędzana na napęd elektryczny.
Kiedy maszyna pracowała, cały mechanizm poruszał się rytmicznie: metalowe cięgła drgały pod blatem, pasek przesuwał się po kole, a stopa wprawiała w ruch ciężki żeliwny stelaż.
Maszyna miała chwytacz wahadłowy, metalową płytkę ściegową z wyżłobieniami prowadzącymi materiał oraz transporter ząbkowy, mechanizm przesuwający tkaninę pod stopką równymi skokami.
Pokrętło regulacji długości ściegu ustawiało się ręcznie, podobnie jak naprężenie nici górnej i dolnej. W szufladkach stołu leżały zapasowe igły, metalowe szpulki, małe nożyczki do obcinania nici i kostka białej kredy krawieckiej.
Kinga Bagnowska-Badek pamięta zapach maszyny, mieszankę rozgrzanego oleju technicznego, kurzu osiadającego na tkaninach i srebrne żelazko, którym przy użyciu wilgotnej ściereczki babcia rozprasowywała szwy.
Pamięta również charakterystyczny dźwięk pracy chwytacza wahadłowego oraz rytm igły zmieniający się w zależności od rodzaju materiału. Przy cienkiej bawełnie ścieg był równy i lekki, niemal szybki, natomiast przy grubszej wełnie albo kilku warstwach podszycia maszyna zwalniała.
Babcia Irena szyła dla kobiet z okolicznych miejscowości. Powstawały u niej suknie ślubne, garsonki, spódnice ołówkowe, płaszcze na acetatowej podszewce, bluzki z kołnierzami i sukienki komunijne usztywniane warstwami tiulu. Klientki przynosiły własne materiały, a każdy z nich wymagał zupełnie innej technologii szycia.

Jedne tkaniny przesuwały się pod stopką i wymagały stabilizacji, inne wymuszały łagodniejsze prowadzenie łuków.

Dwie suknie ślubne babcia Irena uszyła także córce, czyli matce Kingi, jedną na ślub cywilny, drugą na kościelny. Obie klasyczne: z dopasowaną talią, ręcznie wykańczaną podszewką i rękawem wszywanym metodą tradycyjną.

Druga babcia, Leonia, zajmowała się haftem. Siedząc przy tamborku, prowadziła mulinę, cienkie nici jedwabne albo bawełniane. Tworzyła hafty krzyżykowe, ściegi satynowe, łańcuszkowe i sznureczkowe, hafty richelieu wymagające ręcznego wycinania tkaniny, cierpliwie i precyzyjnie.

Od obu babć Kinga Bagnowska-Badek nauczyła się nie tylko samego rzemiosła, ale również sposobu rozmawiania z klientkami. Zanim padło pytanie o długość spódnicy czy szerokość rękawa, kobiety opowiadały o sobie, o weselu córki, które miało być „skromne, ale porządne”, o sali już zarezerwowanej i orkiestrze, o tym, że trzeba zdążyć kupić materiał przed sezonem, zanim zabraknie odpowiednich tkanin i dodatków, o przesądach związanych ze ślubem, o welonie, o tym, czy panna młoda może pokazać suknię narzeczonemu przed ceremonią.  Później zaczynały się rozmowy o ciele i o biodrach, które zmieniły się po porodzie, o ramionach, których ktoś nie chciał odsłaniać, o talii, którą należało podkreślić albo ukryć.

Wtedy babcia sięgała po centymetr krawiecki, miękką, lekko pożółkłą taśmę z wytartymi cyframi, pachnącą tkaniną, kredą i perfumami osób, które wcześniej były mierzone. Miarę nosiła zwykle przewieszoną przez szyję albo zwiniętą w kieszeni fartucha. Ściąganie miary odbywało się według ustalonego porządku. Najpierw obwód biustu, prowadzony poziomo przez najbardziej wypukłe punkty piersi. Potem talia, biodra, szerokość pleców, długość rękawa od barku do nadgarstka i wysokość stanu przy spódnicach. Babcia zapisywała wszystko ołówkiem w zeszycie, używając dawnych określeń takich jak „pacha”, „stan”, „główka rękawa” czy „zapas”, czyli dodatkowy pas materiału pozostawiany w celu ewentualnego poszerzenia ubrania.

Babcie Kingi wiedziały, że dobrze uszyte ubranie zaczyna się od słuchania - nie od centymetra krawieckiego, ale od zrozumienia, jak kobieta chce się czuć w tym konkretnym stroju.

Atelier, w którym odbywają się przymiarki i spotkania z klientkami, znajduje się w Łodzi przy ulicy Gdańskiej. Miejsce, w którym pracuje Kinga Bagnowska-Badek, znajduje się w innej części miasta, w rodzinnym domu jej męża.
Klientki tu nie przychodzą. Tu się projektuje, szyje i ręcznie wykańcza welony, tu powstają zarówno nowe modele do atelier, jak i zamówienia indywidualne przygotowywane dla konkretnych kobiet.

Pracownia ma około piętnastu metrów kwadratowych, a z dużego okna widać łąki i rzekę.

Światło odgrywa w tej przestrzeni ważną rolę. Rano pada na stół roboczy i pozwala dokładnie ocenić strukturę materiałów, natomiast wieczorem Kinga pracuje przy lampie zawieszonej nisko nad blatem, ponieważ wtedy najlepiej widać ręczne ściegi, miejsca doszywania pereł i sposób układania się cienkiego tiulu.

Na stole leżą próbki materiałów: jedwabny muślin, koronki z haftem kordonkowym, żakardy, tiule miękkie i angielskie, o sztywniejszej strukturze. Na kartkach zapisane są kolory, szerokości tkanin i rodzaje wykończeń. Nici stoją na półkach uporządkowane kolorami, a szuflady mają podpisy: „tiule”, „perły”, „woalki”. W segregatorach projektantka przechowuje zamówienia klientek, szkice projektów i notatki z przymiarek.

Na ścianie wisi złocona rama, do której przypięte są próbki materiałów, techniczne notatki i kartki robocze. Obok stoją manekiny przykryte nowymi tkaninami, ponieważ Kinga Bagnowska sprawdza na nich ciężar materiału, sposób układania i reakcję na światło.

Podczas pracy porównuje tiule o różnej gramaturze i pokazuje klientkom różnicę między lekkim materiałem a bardziej sztywną formą.

Metr prostego tiulu kosztuje kilkadziesiąt złotych, koronki i materiały haftowane są wielokrotnie droższe. Dwumetrowy welon waży zwykle mniej niż dwieście gramów, jednak po kilku godzinach noszenia może ciążyć na karku.

Po kilku godzinach pracy biały pył z tiulu osiada na ubraniach i dłoniach, a tiulowe ścinki Kinga zbiera do kartonu stojącego pod stołem.

W maju i czerwcu, kiedy jest najwięcej ślubów, Kinga Bagnowska-Badek pracuje do późnej nocy, zdarza się, że równocześnie nad trzema projektami.

Przed weekendami ślubnymi gotowe welony wiszą obok siebie przy drzwiach atelier, ponieważ część klientek odbiera je dzień przed ceremonią.

Najprostsze modele welonów powstają w kilka dni, bardziej rozbudowane projekty wymagają kilku tygodni pracy. Kinga tworzy również ozdoby z foamiranu na welonach, a wycięte płatki formuje ręcznie pod wpływem ciepła dłoni.

Do atelier przychodzą kobiety w różnym wieku: dwudziestokilkulatki przed pierwszym ślubem, kobiety po czterdziestce i kobiety po sześćdziesiątce.

Przymiarki odbywają się przed dużym lustrem.

Pytania klientek się powtarzają.

Czy welon będzie się gniotł.
Czy nie zaczepi się o kolczyki.
Czy da się go zdjąć bez niszczenia fryzury.
Czy po kilku godzinach nie zacznie ciążyć.
Czy będzie elektryzował włosy.
Czy nie będzie za gorący w sierpniu.
Czy da się go przypiąć do krótkich włosów.
Czy nie zsunie się podczas tańca.
Czy wytrzyma wiatr podczas ślubu w plenerze.
Czy można go skrócić po ślubie.
Czy da się go później wykorzystać do chrztu dziecka.
Czy tiul nie będzie zbyt biały do sukni w kolorze ivory.
Czy koronka nie będzie drapała szyi.
Czy perły nie będą zaczepiać się o fryzurę.
Czy welon zmieści się do walizki przed ślubem za granicą.
Czy da się go wyprasować w hotelu.
Czy materiał będzie dobrze wyglądał na zdjęciach w słońcu.
Czy welon nie zniknie przy bardzo prostej sukni.
Czy będzie dobrze układał się przy odkrytych plecach.
Czy można poprawić go samodzielnie.

Projektantka wykorzystuje podczas przymiarek grzebienie, wsuwki i przezroczyste bazy do upięć, pokazując miejsca wszycia i sposób rozłożenia ciężaru tkaniny na włosach.

- Welon musi poruszać się pół sekundy później niż ciało - mówi.

Czterdziestoletnia kobieta przyniosła welon, który był już używany i wymagał naprawy przed kolejną uroczystością. Materiał miał uszkodzenia przy dolnej krawędzi, dokładnie pośrodku szerokości welonu, co uniemożliwiało proste skrócenie go. Najważniejszym elementem wykończenia był ozdobny „łańcuszek”, czyli technika obszycia brzegu tiulu satynową nitką, której oczka tworzyły dekoracyjny wzór bezpośrednio przy krawędzi materiału. Kobiecie zależało, żeby zachować ten detal bez widocznych śladów naprawy. Welon był za długi, a dodatkowo rozerwany na dole. Kinga Bagnowska zdecydowała więc, że najpierw odetnie cały ozdobny brzeg razem z fragmentem tiulu, a dopiero później skoryguje długość materiału. Pracowała bardzo cienkimi nożyczkami krawieckimi i ręczną igłą, usuwając wcześniejsze ściegi tak, żeby nie uszkodzić siatki tiulu. Po skróceniu welonu zaczęła ponownie naszywać ozdobny łańcuszek. Każdy fragment mocowała ręcznie, prowadząc ścieg pomiędzy oczkami tiulu w taki sposób, aby nici pozostały niewidoczne od zewnętrznej strony. W miejscach najbardziej narażonych na naprężenia zastosowała dodatkowe mikrowzmocnienia od środka. Wykonała je z cienkiej transparentnej organzy, która stabilizowała konstrukcję, ale pozostawała niewidoczna podczas noszenia.

Pracowała w tym rytmie kilka dni. Potem welon wisiał przez kilka godzin, żeby można było sprawdzić sposób układania się materiału pod ciężarem ozdobnego wykończenia oraz zachowanie krawędzi podczas ruchu.

Kobieta, która przyniosła welon, nie chciała zmieniać jego formy ani wymieniać ozdób, zależało jej, żeby wyglądał dokładnie tak jak wcześniej.

- Nie chcę nowego - powiedziała podczas przymiarki. - Chcę ten sam.

W pracowni Kingi Bagnowskiej-Badek na wieszaku między sukniami rozwieszony jest welon ślubny kupiony przez nią w 2024 roku w second handzie w Białymstoku. Welon ma 34 lata i tiul nabrał lekko kremowego odcienia, miejscami jest bardziej miękki i cieńszy od wielokrotnego składania. Na materiale widać delikatne załamania, nierównomiernie rozluźnione włókna przy krawędziach i miękkość tam, gdzie materiał przez lata dotykany był najczęściej. Tkanina przechowuje ślady składania, światła i ruchu. Welon jest obszyty żyłką, techniką dziś bardzo rzadko spotykaną. W nowoczesnym krawiectwie ślubnym częściej pozostawia się surowe cięcie albo stosuje bardzo miękkie wykończenia bez widocznej konstrukcji.

Żyłka daje jednak zupełnie inny efekt. Krawędź staje się bardziej wyraźna, lekko uniesiona i sprężysta. Materiał pracuje inaczej, mocniej reaguje na ruch, powietrze i światło. Zbyt mocno naprężona żyłka marszczy tiul i powoduje spiralne skręcanie brzegu, zbyt luźna nie utrzyma formy materiału. W wielu pracowniach, szczególnie w latach dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych, używano do tego specjalnych stopek do wszywania żyłki. Ścieg musiał być bardzo drobny i równy. Igła przebijała materiał tuż obok żyłki, zamykając ją w wąskim tunelu z tkaniny. Welony z żyłką mają charakterystyczny ruch. Podczas chodzenia krawędzie falują, materiał łapie powietrze, unosi się i wraca na miejsce z lekką sprężystością.

Kinga Bagnowska-Badek lubi patrzeć na welon i zastanawiać się, kto nosił go wcześniej.

Czy został uszyty na ślub w latach dziewięćdziesiątych, kiedy modne były szerokie opady i mocniej zaznaczone brzegi?
Czy panna młoda poprawiała go nerwowo przed wejściem do kościoła?
Czy tańczyła w nim całą noc, a potem ostrożnie zdjęła go przed lustrem i schowała do pudełka wyłożonego bibułą?

Przez wiele lat mógł leżeć w szafie, wśród albumów, kartek świątecznych i ubrań odkładanych „na wszelki wypadek”. Potem ktoś zdecydował, że nie będzie już potrzebny. Zanim trafił do second handu w Białymstoku, musiał przejść przez sortownię. Leżał wśród kurtek, obrusów, dziecięcych swetrów i pojedynczych rękawiczek, czekając na czyjąś decyzję.

Dziś wisi między sukniami ślubnymi, które czekają na odebranie przez panny młode.

Najdłuższy welon, jaki uszyła Kinga Bagnowska-Badek, miał ponad trzy metry długości. Rozłożony w pracowni zajmował niemal całą wolną przestrzeń między stołem krojczym a ścianą.

Najkrótszy termin realizacji wynosił trzy dni. W tym czasie powstały dwa welony dla panny młodej, która brała ślub na Sycylii. Prośba przyszła nie od niej, lecz od druhny, która szukała prezentu i brakującego elementu ślubnej stylizacji.

Najdalej wysłane welony poleciały właśnie tam. Dłuższy został założony przed ceremonią na plaży, krótszy przed weselem. Wrześniowy wiatr znad morza zmieniał ich układ podczas ceremonii.

Najdłużej trwała praca nad peleryną dla Ewy, chirurga dziecięcego. Przezroczysta konstrukcja z jedwabnej organzy i francuskiej koronki wymagała wielu godzin ręcznej pracy i kilku kolejnych przymiarek.

Najbardziej pracochłonna okazała się koronka. Małe nożyczki projektantki przesuwały się między ornamentami, wycinając resztki tiulu. Dopiero wtedy koronka zaczynała wyglądać, jakby unosiła się nad tiulem.

Najwięcej koronki potrzebowała właśnie ta peleryna. Dwanaście metrów.

Najwięcej nici pochłonął welon, w którego szwach zniknęło ponad dziesięć metrów cienkiej nici. Po zakończeniu pracy ściegi przestały być widoczne.

Najlżejszy welon ważył mniej niż sto gramów. Po założeniu niemal znikał, poruszał się przy każdym kroku i podmuchu powietrza.

Najwcześniejsze zamówienie zostało złożone niemal dwa lata przed ślubem. Najpóźniejsze poprawki wykonano dzień przed ceremonią.

Najrzadziej spotykaną techniką wykończenia jest obszycie żyłką, dawniej powszechne, dziś rzadko spotykane.

Podczas przymiarek klientki mówią krótkimi zdaniami.

- Mama miała krótki welon, ale ja chcę długi.
- Nie chcę się chować. Tylko zaznaczyć moment.
- Chcę wyglądać jak ja, tylko trochę inaczej.
- Nie chciałam welonu, dopóki go nie przymierzyłam.
- Zawsze myślałam, że wybiorę coś prostego.
- Nie chcę wyglądać jak przebrana.
- Chciałabym móc oddychać i normalnie się ruszać.
- Suknia jest ciężka, welon musi być lekki.
- Ślub będzie w lesie, wszystko może się zaczepiać.
- On nie lubi błysku, ale ja chyba trochę lubię.
- Babcia miała welon do ziemi.
- Chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć, że to naprawdę się wydarzy.
- W kościele będzie zimno, ale wesele mamy w starej szklarni.
- Wszyscy pytają o suknię, a dla mnie najważniejszy jest welon.
- Czy mogę przez chwilę jeszcze w nim postać?
- Nie sądziłam, że kawałek tiulu może aż tyle zmienić.
- To będzie mały ślub. Tylko rodzina i najbliżsi.
- Nie chcę wyglądać jak ktoś z Instagrama.
- Odkładam ten ślub od pięciu lat.
- Mam czterdzieści siedem lat i pierwszy raz przymierzam welon.
- Wolałabym, żeby mama dziś ze mną nie przyjeżdżała.
- Wszyscy już wiedzą, jak ślub ma wyglądać. Tylko ja jeszcze nie wiem.
- Chciałabym wyglądać spokojnie.
- Nie chcę księżniczki. Chcę siebie.

W czasie jednej przymiarki Kinga Bagnowska-Badek używa kilkudziesięciu szpilek.

Po wyjściu klientek odwiesza suknie i przesuwa je na wieszaku tak, żeby znów były we właściwej kolejności. Myje filiżanki po kawie, robi sobie jeszcze jedną z ekspresu. Przez chwilę stoi przy oknie i patrzy na podwórko.

Na stole zostają szpilki, centymetr i cienki biały pył z tiulu.

 

Nie optymalizujemy tekstów pod kątem SEO, nie walczymy o clickbaity i zasięgi. Chcemy być miejscem, w którym można czytać wartościowe reportaże, analizy, wywiady i felietony. Teksty w serwisie ir2 powstają dzięki wsparciu Patronek i Patronów - nieustająco potrzebujemy tego wsparcia, by publikować częściej. Dołączając do naszej społeczności w serwisie Patronite, pomagasz nam tworzyć jakościowe teksty.

Wspieram IR2

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip