Natalia Pitala

Opowieść o wodzie

Esej

Emal El Byed / Unsplash

To opowieść, w której woda jest kluczowym zasobem o znaczeniu strategicznym, narzędziem władzy nad podbitą populacją, a nawet bronią w walce z nią.

Jest pochmurny, jesienny dzień. Sympatyczny mężczyzna, mówiący po angielsku z amerykańskim akcentem, oprowadza polską reporterkę po Ofrze. To izraelskie osiedle zbudowane w 1975 roku na Zachodnim Brzegu Jordanu. Jest pierwszym z istniejących obecnie 147 oficjalnych osiedli i 224 przyczółków osadniczych, w których – na okupowanym palestyńskim terytorium – mieszka łącznie około siedmiuset czterdziestu tysięcy Izraelczyków.

Gospodarz opowiada o osiedlu, z dumą wskazuje na otaczające je sady i winnice. „Przywiozłaś ze sobą deszcz! – żartuje. – To błogosławieństwo. Dla ziemi, dla ludzi. Woda to jest nadal problem tutaj. Chociaż w ciągu ostatnich dziesięciu lat niemal wyeliminowany dzięki programowi odsalania wody morskiej. Teraz nawet wysyłamy naszą wodę do Jordanii. Izrael sto, dwieście lat temu był zacofany i jałowy. To była pustynia i bagna. Dopiero kiedy Żydzi powrócili na te tereny, ziemia rozkwitła. Nie jestem żadnym mistykiem, studiowałem nauki ścisłe. Ale fakty są takie, że to miejsce rozkwitło. Stało się zielone. Pierwsi mieszkańcy Ofry wspominają, że kiedy się tu sprowadzili, panowała całkowita cisza. Nie było ptaków, bo nie było drzew. To była jałowa ziemia. Dziś o poranku budzi mnie śpiew ptaków. Zobacz, jak tu jest zielono. Myślę, że to dlatego tu jesteśmy. I dlatego zachęcam takich ludzi jak ja, żeby tu zamieszkali”*.

Reporterka grzecznie pozwala się oprowadzać. Słuchając, zachęcająco potakuje, nie wdaje się ze swoim rozmówcą w dyskusję, nie zadaje niewygodnych pytań. Rozmowa zostaje zaprezentowana słuchaczom bez komentarza.

Przywołuję tę audycję, jeszcze dwa lata temu dosyć typową dla medialnych prezentacji „konfliktu” izraelsko-palestyńskiego, z dwóch powodów: po pierwsze, pokazuje słabość dziennikarstwa, w którym „obiektywizm” ogranicza się do przedstawienia różnych punktów widzenia – jeśli celem dziennikarstwa ma być pokazywanie prawdy. Wyciągnięcie wniosków takie dziennikarstwo (pozornie) pozostawia odbiorcom, ale nie wyposaża ich w wiedzę, pozwalającą im poddać właściwej ocenie to, co usłyszeli lub przeczytali. Słuchacze nie dowiedzą się zatem – jeśli nie wiedzieli o tym wcześniej – kto i jak wysoką cenę płaci za to, że sympatyczny Izraelczyk (który niegdyś był Amerykaninem) cieszy się rajską zielenią w Ofrze. Ani że jego wypowiedź stanowi przykład zinternalizowania motywów syjonistycznej propagandy przez społeczeństwo Izraela.

Pod drugie, słowa izraelskiego osadnika to dobry wstęp do opowieści o okupacji i wodzie w Palestynie. Opowieści, w której woda najpierw jest kluczowym zasobem o znaczeniu strategicznym, by potem stać się narzędziem władzy nad podbitą populacją, a nawet bronią w walce z nią. Jest to też opowieść o degradacji zasobów przyrodniczych. Rozwijający się kryzys klimatyczny sprawia, że prawie wszędzie na świecie kwestia trwałego zapewnienia wody dla potrzeb ludności i gospodarki zaczyna budzić zaniepokojenie. W Palestynie nie da się jednak mówić o wodzie, pomijając kwestię okupacji, tak jak nie da się mówić o okupacji, pomijając kwestię wody.

Żeby zrozumieć, jakie znaczenie ma kontrola nad zasobami wodnymi Palestyny, musimy najpierw przyjrzeć się jej warunkom naturalnym. (Nazwy Palestyna używam jako toponimu, na określenie obszaru między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym, odpowiadającego dawnemu Mandatowi Palestyny. Obecnie teren ten zajmuje Państwo Izrael i Państwo Palestyna, którego terytorium w całości jest objęte różnymi formami izraelskiej okupacji). Pomimo niewielkiej powierzchni, Palestyna jest obszarem bardzo zróżnicowanym pod względem krajobrazowym, klimatycznym, glebowym i wodnym, a co za tym idzie, również biocenotycznym – od mokradeł i wilgotnych obszarów górskich z roślinnością śródziemnomorską, po stepy i pustynie. Ogólnie klimat Palestyny określa się jako śródziemnomorski, ale temperatury i sumy opadów nie są rozłożone równomiernie: nadmorska równina i biegnące południkowo centralne pasmo górskie charakteryzują się klimatem dosyć wilgotnym, natomiast leżąca w depresji Dolina Jordanu ma klimat gorący i suchy. Sumy opadów zmniejszają się też z północy na południe – południowy rejon Palestyny zajmują półpustynia i pustynia.

Całościowo Palestyna jest obszarem narażonym na niedobory wody. Jej główne zasoby wodne to rzeka Jordan wraz z dopływami, zasilająca Jezioro Tyberiadzkie i wypływająca z niego w kierunku Morza Martwego, oraz warstwy wodonośne: przybrzeżna i górskie. Są to zasoby transgraniczne.

Woda ma to do siebie, że przepływa swobodnie na powierzchni i pod ziemią, nie zważając na linie wytyczane przez ludzi na mapach.

Wody Jordanu Izrael dzieli z Libanem, Syrią, Jordanią i Zachodnim Brzegiem. Z Zachodnim Brzegiem dzieli również górskie warstwy wodonośne, a warstwę przybrzeżną – z Gazą. Sprawiedliwe korzystanie z zasobów wodnych wymaga współpracy między sąsiadami. Nietrudno zgadnąć, że gdy wzajemne relacje nie polegają na współpracy i dobrym sąsiedztwie, a na braku zaufania i dążeniu do dominacji, woda może stać się zarzewiem konfliktu, choć nigdy nie jest jego jedynym źródłem.

Izrael wyłonił się w kształcie obecnie uznawanym międzynarodowo w roku 1949, po zakończeniu pierwszej wojny izraelsko-arabskiej, przez Izraelczyków zwanej „wojną o niepodległość”, a przez Palestyńczyków Nakbą, czyli katastrofą, bo w tej wojnie Izraelczycy dokonali czystki etnicznej na palestyńskiej populacji i odparli niemrawą interwencję państw arabskich, próbujących jej zapobiec. Zdobyli przy tym 77% obszaru Palestyny. Młode, ambitne państwo potrzebowało jeszcze kilku rzeczy: po pierwsze, zwiększyć populację, bo po wypędzeniu siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy Palestyńczyków w Izraelu było dosyć pusto. Po drugie, więcej ziemi rolnej i więcej wody dla zaspokojenia potrzeb tej rosnącej populacji. Z pierwszym problemem Izrael poradził sobie, skłaniając do imigracji Żydów z państw arabskich. Z drugim – rozpoczynając w tym małym kraju przekształcanie przyrody na ogromną skalę, w tym dokonując głębokiej ingerencji w stosunki wodne. Palestyna przed syjonistyczną kolonizacją nie składała się oczywiście z samych bagien i pustyni, jak twierdził osadnik z Ofry. Tradycyjne rolnictwo miało się tam całkiem dobrze, a pierwsi kibucnicy, którzy pojawili się w Palestynie na długo przed powstaniem Izraela, często niemający pojęcia o uprawie roli, otrzymywali wiedzę rolniczą od palestyńskich sąsiadów. Prawdą jest jednak, że w tym procesie ujarzmiania palestyńskiej przyrody na potrzeby projektu syjonistycznego, osuszano mokradła i nawadniano pustynię. W przyrodzie wszystko jednak ma swój koszt. Niestety najczęściej w nikłym stopniu płacą go ci, którzy czerpią zyski z zawłaszczania zasobów przyrody.

W latach pięćdziesiątych XX wieku sztandarowym projektem izraelskiej gospodarki było osuszenie doliny Chula, leżącej na północ od Jeziora Tyberiadzkiego. Unikatowy, ogromnie cenny przyrodniczo ekosystem mokradeł przemieniono w pola uprawne, co już wkrótce skończyło się katastrofą ekologiczną. Ziemia szybko się wyjałowiła, a spływające do wód gruntowych azotany i fosforany zanieczyszczały Jezioro Tyberiadzkie. Jednak dużo bardziej istotna nie tylko w perspektywie ekologicznej, ale również politycznej, okazała się kolejna ambitna inwestycja realizowana przez Izrael w zlewni Jordanu.

W 1964 roku ukończono budowę izraelskiego Narodowego Systemu Wodnego, rurociągu transferującego wodę z Jeziora Tyberiadzkiego do gęsto zaludnionych obszarów w centralnej części Izraela i dalej na południe, co umożliwiło rozwój osadnictwa i terenów uprawnych na pustyni Negew. Roczny pobór wody wynosił do czterystu milionów metrów sześciennych, czyli bardzo dużą część zasobów Jordanu, którego średni roczny przepływ to około 1,3 miliarda metrów sześciennych. Uruchomienie tego wielkiego wodociągu wzbudziło niepokój Ligi Arabskiej. Państwa arabskie uważały, że Izrael zawłaszczył nieproporcjonalnie dużą ilość wód Jordanu, zasobu, który należy również do Libanu, Syrii, Jordanii i Palestyńczyków, i w odpowiedzi opracowały własny plan przekierowania wody z górnego biegu Jordanu do rzeki Jarmuk, co uczyniłoby tę wodę niedostępną dla Izraela. Ostatecznie to przedsięwzięcie nie zostało ukończone, ale spór o wodę doprowadził do wzrostu napięcia w regionie, szczególnie między Syrią a Izraelem. Mieli w nim swój udział również Palestyńczycy: w styczniu 1965 roku Fatah przeprowadził atak na jedną ze stacji pomp w środkowym Izraelu.

Okres od 1964 do 1967 roku, kiedy na granicy syryjsko-izraelskiej trwał konflikt, nazywa się „wojną o wodę”. Jego kulminacją była wojna sześciodniowa w czerwcu 1967 roku, po której Izrael zapanował już nad całością Palestyny, a także syryjskimi Wzgórzami Golan (oraz Synajem, z którego wycofał się w 1982 roku po zawarciu traktatu pokojowego z Egiptem). Byłoby zbyt wielkim uproszczeniem twierdzić, że w wojnie 1967 roku chodziło o dostęp do wody. Sama koncepcja „konfliktów wodnych” też jest zresztą nadmiernym uproszczeniem. Izrael parł do wojny z państwami arabskimi z wielu powodów, również wewnętrznych. Eskalacja napięcia związana ze sporem o wodę była jednak jednym z istotnych czynników, które do tej wojny doprowadziły. Okupacja Zachodniego Brzegu umożliwiła Izraelowi kontrolę nad jego zasobami wodnymi i oczywiście zwiększyła bezpieczeństwo wodne Izraela. Istotna jest tu zwłaszcza zasobna górska zachodnia warstwa wodonośna, zasilana relatywnie wysokimi opadami na Zachodnim Brzegu, a doprowadzająca wody podziemne również na teren Izraela.

Przejęcie kontroli nad zasobami wodnymi dało również Izraelowi istotne narzędzie sprawowania władzy nad okupowaną populacją i wypierania jej z kolejnych połaci Zachodniego Brzegu – innymi słowy, przeprowadzania pełzającej czystki etnicznej.

A jaki skutek dla przyrody miała budowa izraelskiego Narodowego Systemu Wodnego, która zapoczątkowała ten łańcuch wydarzeń? Dziś Jordan w swoim dolnym biegu to właściwie zanieczyszczona wąska strużka. Przepływ wody spadł w nim o 90%, a Morze Martwe, ten cud natury, kurczy się w zastraszającym tempie. Oczywiście przyczyny tego stanu rzeczy też są złożone, ale pobór wody z Jeziora Tyberiadzkiego jest czynnikiem kluczowym.

Już w ciągu pierwszych dwóch lat po wojnie sześciodniowej, na mocy serii rozkazów wojskowych, wszystkie zasoby wodne na Zachodnim Brzegu zostały podporządkowane izraelskiemu urzędnikowi działającemu w ramach tak zwanej Administracji Cywilnej (pomimo nazwy jest to właśnie wojskowa administracja okupowanego terytorium palestyńskiego) i ogłoszone izraelską własnością publiczną. Odtąd budowa wszelkich nowych instalacji wodnych wymagała uprzedniego uzyskania licencji. Administracja Cywilna miała jednak również prawo zatwierdzić, cofnąć lub zmienić taką licencję bez uzasadnienia. Zarządzaniem systemami wodnymi na Zachodnim Brzegu zajmowali się palestyńscy pracownicy tamtejszego Departamentu Wodnego, jednak podlegali oni Administracji Cywilnej. Każdy nowy rurociąg o średnicy większej niż pięć centymetrów lub długości powyżej dwustu metrów wymagał jej zgody.

W okresie bezpośredniej okupacji Izrael celowo nie dopuszczał do rozwoju instalacji wodnych, szczególnie tych korzystających z zasobnej zachodniej górskiej warstwy wodonośnej. Palestyńczycy doświadczali więc niedoborów wody, nawet jeżeli mieszkali na terenie, gdzie powinno być jej pod dostatkiem. Dzięki temu w 1995 roku to Izrael wykorzystywał 94% wody pobieranej z tego zasobu. Taka sytuacja to bezprawna grabież surowców naturalnych z okupowanego terytorium. W świetle prawa międzynarodowego okupant jest tylko administratorem terytorium, które okupuje, a nie jego właścicielem, i może pozyskiwać z niego zasoby jedynie na potrzeby okupowanej populacji, a nie na swoje własne.

Zainicjowanie tak zwanego procesu pokojowego w 1993 roku nie poprawiło sytuacji, a wręcz ją pogorszyło. Porozumienie Oslo II z 1995 roku, które uzgadniało szczegóły wzajemnych relacji izraelsko-palestyńskich w planowanym pięcioletnim okresie przejściowym (do czasu powstania niezależnego Państwa Palestyna), określało też warunki korzystania ze – współdzielonych przecież – zasobów wodnych. Trzydzieści lat później Państwo Palestyna wciąż jest tylko bytem teoretycznym, widać też wyraźnie, że kwestia wody była jednym z wielu obszarów negocjacji, w którym strona palestyńska zgodziła się na przyjęcie skrajnie niekorzystnych dla siebie warunków.

Powołano Wspólny Komitet do spraw Wody, ciało, które miało umożliwiać stronom współpracę w zakresie zarządzania zasobami wodnymi. Sęk w tym, że przyjęte ustalenia od razu ustawiały strony w bardzo asymetrycznej relacji, oczywiście na niekorzyść Palestyńczyków. Dwoma spośród trzech współdzielonych źródeł wody, czyli wodami Jordanu i przybrzeżnej warstwy wodonośnej, Izrael może zarządzać samodzielnie, bez konsultacji ze stroną palestyńską. Z Jordanu Izrael pobiera obecnie około sześciuset-siedmiuset milionów metrów sześciennych wody rocznie, a Palestyńczycy nic. „Współpraca” w ramach Wspólnego Komitetu dotyczy tylko górskich warstw wodonośnych, ale wyłącznie w obszarze Zachodniego Brzegu. Autonomia Palestyńska nie może więc swobodnie korzystać z tego zasobu na terenie Zachodniego Brzegu, choć Izrael może go dowolnie drenować ze swojego terytorium. Zatwierdzone przez Wspólny Komitet do spraw Wody muszą być wiercenia nowych i zastępczych studni, zwiększenia poboru wody ze studni, a nawet wszelkie prace naprawcze przy już istniejących studniach. Zatwierdzenia wymagają też wszystkie nowe instalacje zaopatrzenia w wodę i kanalizacji lub modyfikacja istniejących. Dotyczy to także oczyszczalni ścieków. Izrael częstokroć uzależniał wydanie zgody na jakąś inwestycję od zatwierdzenia przez stronę palestyńską inwestycji wodnych obsługujących izraelskie osiedla.

Jan Selby, politolog przez wiele lat zajmujący się badaniem dynamiki władzy i dominacji w kontekście zasobów wodnych Palestyny i „konfliktu” izraelsko-palestyńskiego, w 2013 roku przeanalizował działalność Wspólnego Komitetu do spraw Wody od czasu jego powstania do roku 2008, stwierdzając, że jest on nie tylko instytucją podtrzymującą status quo, za pomocą której Izrael starał się ograniczać i kontrolować palestyńskie roszczenia oraz utrzymywać swoją hegemonię nad zasobami zdobytymi w 1967 roku, ale również ułatwił realizację ekspansjonistycznych interesów terytorialnych i osadniczych Izraela na Zachodnim Brzegu, między innymi poprzez pozyskanie formalnej aprobaty Autonomii Palestyńskiej dla rozbudowy infrastruktury osiedli izraelskich. Selby dobitnie ujął to tak: „Wspólny Komitet ds. Wody umożliwił Izraelowi zmuszenie Autonomii Palestyńskiej do wyrażenia zgody na własną kolonizację”**.

Sytuację nierównego dostępu do zasobów wodnych populacji palestyńskiej i izraelskich osadników określa się mianem apartheidu wodnego.

Tę nierówność można opisać liczbami: licząca około pół miliona populacja żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu (z wyłączeniem wschodniej Jerozolimy) zużywa około sześciu razy więcej wody niż populacja palestyńska, licząca około 2,7 miliona. Palestyńczycy zużywają około osiemdziesięciu litrów wody na osobę dziennie, czyli mniej niż zalecane przez WHO na zaspokojenie potrzeb zdrowotnych i higienicznych sto litrów na osobę. Niektórzy drastycznie mniej. W miejscowościach niepodłączonych do wodociągu to zaledwie dwadzieścia sześć litrów wody na osobę. Tymczasem Izraelczycy, w tym osadnicy, zużywają przeciętnie około dwustu pięćdziesięciu litrów wody na osobę dziennie. Izraelscy osadnicy są też uprzywilejowani wobec palestyńskiej populacji w kwestii ceny: płacą za wodę około pół szekla za metr sześcienny, a Palestyńczycy kilka szekli. Jeśli woda musi być dostarczana cysternami, to kosztuje aż kilkanaście szekli za metr sześcienny.

Można też przedstawić apartheid wodny w inny sposób: gdy izraelska osadniczka kąpie się w przydomowym basenie, Palestynka, żeby umyć włosy, musi sprawdzić, czy w zbiorniku zainstalowanym na dachu domu jest wystarczająco dużo wody. Takie zbiorniki znajdują się na dachach ponad 90% palestyńskich domów, bo dostępność wody w kranie jest nieprzewidywalna, czasem to kilka godzin dziennie, czasem nic. Po tych zbiornikach – między innymi – można określić, czy miejscowość, którą widać z oddali, jest palestyńska, czy izraelska. W izraelskich zbiorniki nie psują estetyki dachów. Daje się tam też dostrzec bujną, nawadnianą zieleń. I oczywiście uzbrojoną ochronę przed wjazdem. Rzecz jasna, problem z umyciem włosów to przykład bardzo trywialny. Dla rolniczych i pasterskich społeczności dostęp do wody to kwestia przetrwania. W takich społecznościach życie często kręci się wokół problemu, skąd wziąć wodę i skąd wziąć pieniądze, żeby ją kupić.

Najboleśniej apartheidu wodnego doświadczają palestyńscy mieszkańcy strefy C, która obejmuje 60% Zachodniego Brzegu i znajduje się pod całkowita kontrolą izraelską. (Strefa B jest pod częściową kontrolą Izraela, a strefa A jest nominalnie od niej wolna, ale izraelskie czołgi i tak wjeżdżają tam, kiedy chcą). Bez pozwolenia władz mieszkańcy nie mogą wykopać czy oczyścić studni, doprowadzić wody do swoich upraw, a nawet naprawić cysterny czy postawić zbiornika na deszczówkę. A pozwoleń na ogół nie dostają. Gdy zdecydują się na zbudowanie nielegalnej instalacji, jest ona niszczona przez wojsko. Studnie są betonowane, rury z wodą przecinane. Może się wydawać na pierwszy rzut oka, że takimi działaniami Izrael marnuje wodę – surowiec deficytowy – więc szkodzi również sam sobie. Ale dla Izraelczyków woda, która wsączy się w ziemię na Zachodnim Brzegu, nie jest zmarnowana. W końcu zasili wody podziemne, a stamtąd będą ją mogli pobrać. Zmarnowana jest tylko ta woda, która posłuży zaspokojeniu potrzeb Palestyńczyków, na przykład nawadniając ich uprawy. Mieszkańcy strefy C są też stale narażeni na ataki żydowskich ekstremistów z przyczółków. Przyczółek (hebr. מאחז, ma’achaz) to osiedle stawiane ad hoc przez osadników. Chociaż oficjalnie przyczółki osadnicze nie posiadają autoryzacji rządu, w rzeczywistości stanowią forpocztę państwa izraelskiego i otrzymują usługi świadczone przez jego administrację, a także ochronę izraelskiej armii.

Przemoc ze strony osadników, często związana z dostępem do wody, jest stałym elementem życia pasterskich społeczności i coraz częściej zmusza je do porzucenia miejsca zamieszkania.

Na koniec opowieści o wodzie w Palestynie muszę wspomnieć, jak Izrael ją zmilitaryzował, wykorzystując jako broń w prowadzonej od dwóch lat ludobójczej kampanii w Strefie Gazy. Już wcześniej zasoby wodne Gazy były w dużym stopniu zdegradowane. Na skutek zbyt dużego poboru wód podziemnych na tym niesłychanie gęsto zaludnionym skrawku ziemi i często nieprawidłowo prowadzonych odwiertów, przybrzeżna warstwa wodonośna uległa znacznemu zasoleniu i zanieczyszczeniu. 90% wody na miejscu nie nadawało się do picia – dla zaspokojenia potrzeb mieszkańców woda musiała być odsalana lub sprowadzana z Izraela, co oczywiście dawało mu ogromne możliwości nacisku. Skorzystał z nich już na początku wojny, ograniczając lub odcinając czasowo podaż wody do Strefy. W połączeniu z odcięciem dostaw energii i paliwa, co uniemożliwiło pracę między innymi instalacji do odsalania, atakami na infrastrukturę wodną i sanitarną, w tym wodociągi i oczyszczalnie ścieków, doprowadziło to do katastrofy.

Codziennie ogromne ilości nieoczyszczonych ścieków wpływają do Morza Śródziemnego. Ponad jedna czwarta populacji poważnie zachorowała na choroby związane z brakiem higieny i dostępem do czystej wody. Od początku izraelskich działań wojennych w strefie Gazy, dostępność wody spadła do niecałych pięciu litrów na osobę dziennie. Ta ilość musi zaspokoić wszystkie potrzeby: picie, gotowanie, pranie, mycie. To znacznie poniżej międzynarodowo akceptowanego minimum w sytuacjach kryzysowych, które wynosi piętnaście litrów. Mieszkańcy Strefy Gazy są nie tylko głodzeni, ale od dwóch lat również bardzo spragnieni. Nie mogą się nawet ratować zbieraniem deszczówki, bo ona też jest zanieczyszczoną zawiesiną szkodliwych substancji krążących nad Gazą: z wybuchów amunicji, z wysadzanych w powietrze budynków, z trującego dymu powstającego przy spalaniu każdego palącego się materiału, żeby tylko móc jakoś ugotować posiłek czy się ogrzać.

Co będzie dalej? Nie sposób dzisiaj zdobyć się na jakąkolwiek, nawet w małym stopniu optymistyczną prognozę. Ani dla Gazy, ani dla Zachodniego Brzegu, ani dla palestyńskiej przyrody. Kryzys klimatyczny będzie się pogłębiał (wojny wybitnie mu sprzyjają, bo działania wojenne, oprócz całego zła, o którym zwykle w związku z nimi myślimy, generują ogromne ilości gazów cieplarnianych uwalnianych do atmosfery). W ślad za nim podąża kryzys wodny i on również będzie się nasilał. Bliski Wschód jest jednym z najszybciej nagrzewających się rejonów Ziemi. Jordan będzie się sączyć jeszcze cieńszą strużką, Morze Martwe będzie znikać jeszcze szybciej i być może wkrótce będzie tylko wspomnieniem. Nieliczne źródła słodkiej wody w Dolinie Jordanu, obsiadywane przez agresywne grupy nastolatków, którzy uwierzyli, że Bóg dał im je na własność i oczekuje od nich, żeby terroryzowali palestyńskich pasterzy, żyjących tam od pokoleń, wyschną. Ten świat przed ekologiczną katastrofą mógłby ocalić tylko pokój, ale pokój nie jest możliwy bez sprawiedliwości, a jej nawet nikt nie potrafi sobie teraz wyobrazić. Jeśli coś nam pozostaje, to tylko nadzieja na przekór wszystkiemu.

 

* Wypowiedź zaczerpnęłam z audioreportażu Agaty Kasprolewicz, który ukazał się w audycji internetowej Dariusza Rosiaka „Raport o stanie świata” z 29 października 2022 r. (raportostanieswiata.pl).

** Selby, J. 2013. „Cooperation, domination and colonisation: The Israeli-Palestinian Joint Water Committee”. Water Alternatives 6(1): 1-24.

Tekst powstał w cyklu „Ludobójstwo w Gazie”, który publikujemy od 12 sierpnia 2025 roku.

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip