Dom był prawie dwustupięćdziesięciometrowy, z dwiema kondygnacjami i pięknym ogrodem. Na dole ogromny salon z aneksem kuchennym, kotłownia, pomieszczenie gospodarcze i garaż na dwa samochody. Na piętrze sypialnia z łazienką i garderobą, dwa pokoje, łazienka dla gości i moja pracownia z północnym oknem, dającym najlepsze do tworzenia światło. Malowałam w niej, robiłam ceramikę, rzeźbiłam i tkałam.
Mam wykształcenie plastyczne, Jacek był po resocjalizacji. Poznaliśmy się w szkole na warszawskich Młocinach. Uczyłam plastyki w podstawówce, ale placówkę podzielono i w części budynku urządzono ośrodek resocjalizacyjno-leczniczy dla młodzieży. Jacek był jego dyrektorem. Często przychodził do mnie do pracowni i się zalecał. Byłam już wtedy po rozwodzie. Kiedy któregoś razu napomknęłam, że lubię konwalie, przez cały maj na półce nad kaloryferem znajdowałam mały bukiecik. Myślałam, że to któryś z uczniów robi mi takie prezenty, ale woźna powiedziała, że to podrzuca „dyrektor z wariatkowa”. Zostaliśmy parą po imprezie, na którą zaprosił nas kolega z pracy. Gdy wyszłam z łazienki, Jacek znienacka mnie pocałował. Pomyślałam wtedy, że jak znów tego nie zrobi, to umrę. I że musi mnie już całować do końca życia.
Zamieszkaliśmy z moją matką w dużym mieszkaniu na Bielanach. Było wygodnie, ale marzyłam o domu z ogródkiem. Kiedy sprzedaliśmy działkę budowlaną pod Warszawą, kupiliśmy ziemię w Goławicach Pierwszych pod Nowym Dworem Mazowieckim i zaczęliśmy się budować. Pilnowaliśmy architektki, żeby wszystko było dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy.
Kiedy się wprowadzaliśmy, oboje byliśmy po czterdziestce. Daty nigdy nie były moją mocną stroną, więc tu i ówdzie mogę coś pokręcić, jeśli chodzi o umiejscowienie opowieści w czasie. Ale pamiętam dokładnie, że cztery miesiące po tym, jak zaczęliśmy życie w wymarzonym domu i byliśmy najszczęśliwsi na świecie, zdarzył się wypadek.
Jacek wracał z pracy. Nadjeżdżająca z naprzeciwka ciężarówka wpadła w poślizg i uderzyła w jego auto. Miał czterokończynowe porażenie. Dzięki żmudnej rehabilitacji udało mu się w dużym stopniu odzyskać sprawność, ale pozostał niedowład prawej ręki. Szybko też męczył się w ruchu. Był w stanie wejść i zejść po schodach, ale ogród podlewał, siedząc na krześle i przestawiając je z miejsca na miejsce. Znosił swoją niepełnosprawność z wielką godnością, nikogo nie zadręczał, cieszył się życiem. Do pracy w ośrodku nie wrócił, zamiast tego zaczął robić doktorat. Załatwiał też nadal wszystkie sprawy urzędowe i opłacał rachunki. Od czasu wypadku nie prowadził, ale za każdym razem jeździł ze mną na spożywcze zakupy. Czekał w aucie, gdy załatwiałam sprawunki, a ja się cieszyłam, że mi towarzyszy. Bardzo często zapraszaliśmy do siebie gości, znajomi lubili nas odwiedzać. Nasz dom był piękny, ale przede wszystkim przesycony miłością.