Izabela O'Sullivan

Największa miłość na świecie. Anna Beck, Nowy Dwór Mazowiecki

Raport

Fot. Tomasz Kaczor

Dom był prawie dwustupięćdziesięciometrowy, z dwiema kondygnacjami i pięknym ogrodem. Na dole ogromny salon z aneksem kuchennym, kotłownia, pomieszczenie gospodarcze i garaż na dwa samochody. Na piętrze sypialnia z łazienką i garderobą, dwa pokoje, łazienka dla gości i moja pracownia z północnym oknem, dającym najlepsze do tworzenia światło. Malowałam w niej, robiłam ceramikę, rzeźbiłam i tkałam. 

Mam wykształcenie plastyczne, Jacek był po resocjalizacji. Poznaliśmy się w szkole na warszawskich Młocinach. Uczyłam plastyki w podstawówce, ale placówkę podzielono i w części budynku urządzono ośrodek resocjalizacyjno-leczniczy dla młodzieży. Jacek był jego dyrektorem. Często przychodził do mnie do pracowni i się zalecał. Byłam już wtedy po rozwodzie. Kiedy któregoś razu napomknęłam, że lubię konwalie, przez cały maj na półce nad kaloryferem znajdowałam mały bukiecik. Myślałam, że to któryś z uczniów robi mi takie prezenty, ale woźna powiedziała, że to podrzuca „dyrektor z wariatkowa”. Zostaliśmy parą po imprezie, na którą zaprosił nas kolega z pracy. Gdy wyszłam z łazienki, Jacek znienacka mnie pocałował. Pomyślałam wtedy, że jak znów tego nie zrobi, to umrę. I że musi mnie już całować do końca życia.

Zamieszkaliśmy z moją matką w dużym mieszkaniu na Bielanach. Było wygodnie, ale marzyłam o domu z ogródkiem. Kiedy sprzedaliśmy działkę budowlaną pod Warszawą, kupiliśmy ziemię w Goławicach Pierwszych pod Nowym Dworem Mazowieckim i zaczęliśmy się budować. Pilnowaliśmy architektki, żeby wszystko było dokładnie tak, jak sobie zaplanowaliśmy. 

Kiedy się wprowadzaliśmy, oboje byliśmy po czterdziestce. Daty nigdy nie były moją mocną stroną, więc tu i ówdzie mogę coś pokręcić, jeśli chodzi o umiejscowienie opowieści w czasie. Ale pamiętam dokładnie, że cztery miesiące po tym, jak zaczęliśmy życie w wymarzonym domu i byliśmy najszczęśliwsi na świecie, zdarzył się wypadek. 

Jacek wracał z pracy. Nadjeżdżająca z naprzeciwka ciężarówka wpadła w poślizg i uderzyła w jego auto. Miał czterokończynowe porażenie. Dzięki żmudnej rehabilitacji udało mu się w dużym stopniu odzyskać sprawność, ale pozostał niedowład prawej ręki. Szybko też męczył się w ruchu. Był w stanie wejść i zejść po schodach, ale ogród podlewał, siedząc na krześle i przestawiając je z miejsca na miejsce. Znosił swoją niepełnosprawność z wielką godnością, nikogo nie zadręczał, cieszył się życiem. Do pracy w ośrodku nie wrócił, zamiast tego zaczął robić doktorat. Załatwiał też nadal wszystkie sprawy urzędowe i opłacał rachunki. Od czasu wypadku nie prowadził, ale za każdym razem jeździł ze mną na spożywcze zakupy. Czekał w aucie, gdy załatwiałam sprawunki, a ja się cieszyłam, że mi towarzyszy. Bardzo często zapraszaliśmy do siebie gości, znajomi lubili nas odwiedzać. Nasz dom był piękny, ale przede wszystkim przesycony miłością.

 

Kiedy kilka lat po wypadku planowaliśmy drobny remont, Jacek wpadł na pomysł, by pomalować ściany w salonie i w sypialni na czerwono.

W pierwszym momencie mnie zamurowało, ale szybko uzmysłowiłam sobie, że to do niego powinna należeć decyzja. Ja przecież wychodziłam, zmieniałam otoczenie, on spędzał tu całe dnie. Zrobiliśmy więc tak, jak chciał i okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Dom nabrał charakteru, wszyscy mówili, że bardzo wtedy zyskał. 

Ustępowaliśmy sobie bardzo często, również w tych małych sprawach, na przykład w kuchni. Lubiłam gołąbki w białym sosie, a u Jacka w domu jadało się w pomidorowym, więc robiłam dwie porcje. Po każdym obiedzie podchodził do mnie, chwalił, że było pyszne i całował. Żartował, że dziennie całujemy się więcej, niż niejedna para przez cały rok. 

Jedliśmy razem wszystkie posiłki, każdy przy ładnie nakrytym stole, z serwetkami, na gustownej zastawie. Wstawałam rano pierwsza i parzyłam kawę, a potem szłam na górę po Jacka. Ubierał się, siedząc na łóżku, a potem schodził po schodach z moją asekuracją. Do południa pracowaliśmy, ale nie lubiliśmy tracić ze sobą na dłużej kontaktu. Gdy malowałam, po każdym zakończonym etapie schodziłam pokazać obraz Jackowi. Kiedy robiłam coś w ogrodzie, on siedział na tarasie i ucinaliśmy sobie pogawędkę. Wszystkie rośliny posadziłam sama, a trawnik był taki, że ogrody angielskie mogą się schować. Popołudniami chętnie siadałam na kanapie, gdy Jacek pracował przy swoim starym dębowym biurku. Wspominaliśmy, politykowaliśmy, oglądaliśmy telewizję. 

Na któreś święta podarował mi amstaffa. Nazwałam go Bruce Willis Charkot Beck – ostatni człon od naszego nazwiska. Gdy przychodzili goście, musiałam przywiązywać psa do poręczy przy schodach, bo bronił mnie tak, że nikt nie mógł mnie uściskać. Dopiero gdy zakończyła się faza powitań, zabierałam go ze sobą do stołu. Miał posłanie w salonie, ale gdy szliśmy do sypialni, podążał za nami. Kładł się na podłodze koło Jacka. Żeby Brusiowi było wygodniej, kupiliśmy specjalny dywanik, z którym od tej pory wędrował z góry na dół i z powrotem w porze wieczornej.

Często odwiedzał nas Marcin – mój syn z pierwszego małżeństwa. Nigdy nie mieszkał w tym domu, bo kiedy się wprowadziliśmy, był już dorosły. Ale miał swój pokój, żeby zawsze czuł się swobodnie, zostając na noc.

Spędzaliśmy razem wszystkie święta. Przyjeżdżał wtedy jeszcze mój pierwszy mąż – Andrzej. Niebywale światły i kulturalny facet, ale mocno się różniliśmy. Ja – trzecia herbata po obiedzie, on – druga łyżka zupy. Rozstaliśmy się w wielkiej przyjaźni, która trwa do dziś. Codziennie do siebie dzwonimy, czasami się odwiedzamy, a ostatnio byliśmy razem na grobie syna, bo minęło dziesięć lat od śmierci Marcina. Galopujący rak trzustki.

Jacek zmarł cztery lata temu. Czułam się ogromnie samotna, a z czasem też bezradna i uwięziona, bo pół roku po pogrzebie pojawiło się zwyrodnienie plamki żółtej oka. Widziałam coraz mniej wyraźnie.

Zdarzało mi się wyciąć młode pędy piwonii zamiast zeschniętych liści. To coś strasznego – iść do własnego cudnego ogrodu i robić w nim szkody.

Przestałam prowadzić samochód, bo nie widziałam już nawet linii papilarnych dłoni. Byłam skazana na łaskę znajomych. Musiałam prosić ludzi, żeby zawieźli mnie do sklepu czy do lekarza. To było upokarzające. W końcu podjęłam decyzję o sprzedaży domu. Zamartwiałam się, w czyje ręce trafi. Chciałam, żeby kupili go ludzie, którzy go pokochają. 

Podpisałam umowę z agencją, ale długo nic się nie działo. Przez cały rok pojawiła się tylko jedna zainteresowana osoba. Wtedy mój pierwszy mąż polecił mi panią Kasię – agentkę nieruchomości. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Śliczna, drobna, pełna wdzięku. Przyszła z mężem wielkoludem, który wyściskał mnie na „dzień dobry”. To była droga agencja, ale byłam zdeterminowana. Profesjonalny fotograf zrobił cudowne zdjęcia, a nie – jak pracownik poprzedniej agencji – telefonem. Klienci zaczęli walić drzwiami i oknami. Zdarzało się, że ktoś był zdecydowany, żeby kupić, ale wykręcałam się, mówiąc, że się do niego odezwę. Z jednej strony zależało mi, żeby jak najszybciej sprzedać, z drugiej nie chciałam podpisać umowy z kimś, kto nie przypadnie mi do gustu.

I wtedy pojawiła się para koło sześćdziesiątki. Cudowni, ciepli, kulturalni ludzie. Pan Paweł pocałował mnie w dłoń dokładnie tak jak mój tata, ładnie się pochylając. Pani Ewa już przy pierwszej rozmowie powiedziała, że z samych zdjęć ten dom uwielbia. Gdy wyszli, zwróciłam się w myślach do zmarłego męża: „Jacusiu, zrób tak, żeby ten dom kupili”. Żeby transakcja doszła do skutku, musieli sprzedać dwa mieszkania, ale wszystko przebiegło gładko i umówiliśmy spotkanie u notariusza. Pani Kasia jest najlepszą agentką na świecie. Rozumiała moje niedoskonałości, wynikające z problemów ze wzrokiem. Wszędzie mnie woziła i czytała mi dokumenty, bo widzę zniekształcone litery i samodzielne czytanie zajmuje mi dużo czasu.

Dziś z nowymi właścicielami jesteśmy na „ty”. Widujemy się przynajmniej raz w tygodniu, spędzaliśmy razem ostatniego sylwestra. Od czasu mojej wyprowadzki w domu nic się nie zmieniło, została nawet pracownia. Ewa powiedziała, że kiedyś też zacznie malować, na razie z tej przestrzeni korzysta jej wnuczek. A od syna Ewy usłyszałam: „Jak dobrze, że sprzedała pani ten dom rodzicom. Już zawsze będzie tu czuć pani ducha”.

Mieszkam teraz w Nowym Dworze Mazowieckim. Pani Kasia znalazła mi mieszkanie w centrum, blisko parku. To ekskluzywna okolica, ogrodzone i strzeżone posesje. Mam tutaj parter w szeregowcu. Na zewnątrz niewielki ogródek, za płotem łąka. W mieszkaniu salon, sypialnia, łazienka i pomieszczenie gospodarcze. Nowiusieńkie meble, łazienka w pełni wyposażona. I najważniejsze – to własność hipoteczna, więc nie płacę czynszu, tylko podatek od nieruchomości. Mam centralne ogrzewanie, więc nie muszę nosić peletu. A przede wszystkim jestem niezależna, bo do sklepu, do lekarza czy ZUS-u mogę dojść spacerem.

Czasami korzystam jednak ze wsparcia, na przykład robiąc zakupy, bo nie widzę dokładnie napisów na opakowaniach. Na przykład kiedy kupuję serek, nie jestem pewna, czy wkładam do koszyka waniliowy czy ze szczypiorkiem. Zawsze mogę liczyć na Dominikę. Poznałam ją i jej męża na jakimś przyjęciu, potem widywaliśmy się okazjonalnie. Kiedy się wprowadziłam do nowego mieszkania, którejś ponurej niedzieli pojawili się z obiadem. Teraz przynoszą mi codziennie coś ciepłego, a raz w miesiącu zabierają na zastrzyki w oko, które powstrzymują rozwój choroby. Mocno się ze sobą zżyliśmy, a ich syna Mateusza pokochałam jak wnuka.

Cały czas mam wrażenie, że opiekuje się mną Jacek. Najpierw udało się sprzedać dom fantastycznym ludziom, potem znaleźć piękne, dopasowane do moich potrzeb mieszkanie i zyskać nowych przyjaciół, którzy stali się moją przyszywaną rodziną. 

O Jacku myślę codziennie. Spędziliśmy ze sobą ponad trzydzieści lat i to była największa miłość na świecie. 

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip