Aleksandra Pakieła

Najciekawsze polskie książki 2025 roku według Pakieły

Rekomendacje

fot. Shutterstock

Częstymi motywami pojawiającymi się w powieściach, zbiorach opowiadań i reportażach były wojna, katastrofa klimatyczna (jako tło naszej rzeczywistości, a nie - jak wcześniej - postapokaliptyczna wizja), samotność i starzenie się w świecie, którego przyszłość nie jest oczywista.

Tegoroczne polskie książki wywoływały też emocje polityczne – od „Kandydata” Jakuba Żulczyka po rozmaite publikacje poświęcone Andrzejowi Dudzie (w tym jego własne „To ja”) – co wydaje się naturalną próbą domknięcia tej podwójnej kadencji.

Pod tą warstwą bieżących tematów ja sama szukałam w literaturze przede wszystkim czegoś, co daje oparcie w chwiejnych czasach. Czasem była to forma – ucieczka w surrealizm, absurd, opowieści rozgrywające się pomiędzy rzeczywistościami – a niekiedy po prostu próba znalezienia nadziei w naturze, w pracy opiekuńczej, w małych wspólnotach, które wciąż podtrzymują świat.

„Null” Szczepana Twardocha (Marginesy)

W roku, w którym wojna w Ukrainie trwa już trzeci rok, Szczepan Twardoch pisze swoją najciemniejszą, najbardziej współczesną powieść. „Null” to nie tylko książka o froncie, ale przede wszystkim o tym, co wojna robi z ciałem, pamięcią i fantazjami o „wiecznej chwale”.

Tytułowe null to linia zerowa – ostatnia ukraińska pozycja przed „szarą strefą”. Tam trafia Koń, czterdziestopięcioletni historyk, który porzuca warszawskie życie i jedzie walczyć jako ochotnik. Kierują nim gniew, poczucie obowiązku, rodzinne traumy (jeden dziadek w UPA, drugi zamordowany w stodole), wstyd z powodu wcześniejszej obojętności. Wojna szybko obnaża, jak złudne są romantyczne wyobrażenia o bohaterskiej śmierci za ojczyznę. Zamiast patosu mamy błoto okopów, żołnierzy, którzy starzeją się o dekadę w kilka miesięcy, suchary, „składkową wojnę” na dronach i termowizorach kupionych ze zbiórek.

„Null” to również opowieść o brutalnych lekcjach, jakie daje wojna. Uczy rzeczy prozaicznych – jak „na słuch poznać, skąd jest przylot”, jak „wysrać się w lesie bez obsrywania butów” czy jak latać dronem, by nie wpadł do błota. Sceny wzajemnego opatrywania ran, głaskania, momentów, w których pęka wizerunek twardego mężczyzny, pozwalają zajrzeć pod powierzchnię – tam, gdzie kryją się strach, ból i tęsknota. Na wojnie jest miejsce na miłość, na kochanie tak, „jak kocha się mężczyznę, z którym razem wyło się ze strachu, próbując pazurami wydrzeć sobie w ziemi jamę, by osłonić się przed spadającym z nieba ogniem, z którym się spało na jednej pryczy, skoro w blindażu była tylko jedna, a na ziemi stała woda, z którym jadło się konserwę na pół, piło ze smutku i opijało też małe, wojenne sukcesy, spalony bmp, rozjebanego tos-a, zabitych kacapów, cokolwiek”.

„Null” to powieść, w której front i wnętrze bohatera nieustannie się przenikają. Zadaje najstarsze pytania – o sens ofiary, cenę męstwa, prawo do życia – w języku absolutnie dzisiejszym. I zostawia czytelnika w miejscu, w którym żadna odpowiedź nie jest już komfortowa.

„Którędy do wyjścia” Katarzyny Boni (Agora)

W 2025 roku nie da się udawać, że katastrofa klimatyczna to coś odległego. „Którędy do wyjścia” Katarzyny Boni jest książką właśnie na te chwile – kiedy wiemy już, że świat się zmienia nieodwracalnie, ale wciąż nie mamy języka, żeby o tym opowiadać.

Boni pisze o żałobie klimatycznej – o splocie melancholii, lęku, zachwytu i pogodzenia. Zamiast wielkich katastrof pokazuje doświadczenia jednostki: podróż na spaloną Sycylię, dotykanie zwęglonych pni, nurkowanie w wodach, które za chwilę mogą zniknąć, codzienne życie w świecie, w którym rzeki już wysychają, lodowce już topnieją, a kolejne gatunki – zwierząt, roślin, smaków – po cichu odchodzą.

Ta książka jest jak pieśń żałobna dla świata, który jeszcze trwa. Boni zbiera twarde dane (o emisjach, plastiku, tempie wymierania gatunków), przywołuje badaczki i badaczy – od Roberta J. Liftona po Donnę Haraway i Timothy’ego Mortona – a jednocześnie pozostaje bardzo blisko ciała: pisze o żałobie po dziadkach, o macierzyństwie, o tym, jak zmienia się dotyk, smak, sposób doświadczania lasu, jeziora, miasta.

Jednym z najciekawszych wątków „Którędy do wyjścia” jest próba wymyślenia nowego słownika. Skoro ten, który znamy, pęka w szwach, trzeba stworzyć inne słowa: na odrętwienie, na podwójne życie w „tu i teraz” i „za późno”, na obsesyjne patrzenie na to, co zaraz zniknie. Powstają neologizmy: plandzieja, światokój, żałura, Ziemrć – brzmią jak zaklęcia, którymi próbuje się oswoić lęk i smutek.

Boni nie daje prostych recept ani fałszywej nadziei. Pokazuje raczej drobne praktyki troski: sadzenie ziół, opiekę nad ludźmi i zwierzętami, świadome „splątywanie się” ze światem zamiast ucieczki w odrętwienie. „Którędy do wyjścia” to esej osobisty, a jednocześnie głęboko współczesny – literatura, która pomaga nazwać to, co wielu i wiele z nas czuje, ale wciąż nie umie o tym mówić.

„Przepraszam za brzydkie pismo” Antoniny Tosiek (Czarne)

Poetka, nagrodzona w 2025 roku Szymborską za „Żertwy”, w debiutanckim reportażu „Przepraszam za brzydkie pismo” sięga po ponad 800 pamiętników mieszkanek polskiej wsi – tekstów pisanych na przestrzeni siedmiu dekad, najczęściej na konkursy organizowane przez państwowe instytucje. Z tych „brzydkich” zapisków układa się pewien rodzaj epopei chłopskiej – opowiedzianej z perspektywy kobiet.

Dla wielu autorek pamiętnik był pierwszym w życiu miejscem, w którym mogły powiedzieć „ja” bez strachu. Pisały po kryjomu, zmęczoną ręką, przy lampie naftowej: o pracy, która trwa po trzynaście godzin dziennie i nigdy nie jest nazywana zawodem; o przemocy, biedzie, klasowym wstydzie, przerwanych szkołach, niespełnionych ambicjach. Zeszyt stawał się prywatnym azylem i narzędziem buntu – tu można było zanotować, że mąż powinien prać pieluchy, że bez kanalizacji i wody w kranie nie da się „dbać o zdrowie dzieci”, że bycie „dziewczyną ze wsi” nie powinno wymagać przepraszania.

Tosiek uważnie pokazuje, jak ogromną pracę emocjonalną wykonują te autorki: nazywając swój wstyd, częściowo go oswajają; opisując opresję, odzyskują nad nią jakąś formę kontroli. Jednocześnie demaskuje sposób, w jaki przez lata je czytano – z protekcjonalnym pobłażaniem. To, co dla pamiętnikarki było krzykiem o pomoc i próbą nadania sensu życiu, dla jurorów bywało tylko „dziewczyńskim ple-ple” albo „życiorysikiem sympatycznym”.

„Przepraszam za brzydkie pismo” to tytuł i zarazem klucz: zapis klasowego lęku, że nasz głos nie jest dość ładny, by zasługiwać na uwagę. Reportaż Tosiek to gest w poprzek tego odruchu. Nie wygładza, nie poprawia, nie wpycha pamiętników w modne kategorie – mówi: to literatura i ważne świadectwo.

„Wyrok” Ishbel Szatrawskiej (Cyranka)

„Wyrok” Ishbel Szatrawskiej to powieść, która thrillerowy punkt wyjścia zamienia w gęsty, hipnotyczny labirynt. Zamiast prostego pytania „kto kogo zabił?” dostajemy opowieść o tym, co wojna robi z człowiekiem – długo po tym, jak ucichną strzały.

Końcówka II wojny. Czesław Majda i Franciszek Strzelecki dostają zadanie: zabić Pierończyka, rzekomego szpicla. Mają wobec leśnych partyzantów dług, więc ruszają w drogę. Obaj wojenne doświadczenie zdobywali głównie jako szabrownicy – „pospolici szubrawcy”, którzy nauczyli się przeżyć, a potem zabijać. Są jak ogień i woda: Majda – gwałtowny, instynktowny, Strzelecki – bardziej lękowy, zbrodnię przeżywa jak procesję. Po drodze sprawdzają nie tylko, czy potrafią wykonać rozkaz, ale też czy potrafią z tym dalej żyć.

To powieść drogi, w której droga nie prowadzi do oczyszczenia. Marsz przez wsie, hale i górskie przełęcze przypomina raczej błądzenie we śnie: czas się zwija, wydarzenia zapętlają, fakty mieszają z plotką. Bohaterowie nie wiedzą już, czy „front był czy nadchodzi, wszystko ginie czy się rodzi”, a najcięższy front toczy się w nich samych. Z bandyty można zrobić bohatera, z bohatera – kapusia; wojna tylko uwypukla to, co w człowieku najgorsze.

Największą siłą „Wyroku” jest język: rytmiczny, pełen refrenów, brutalny i poetycki jednocześnie. Szatrawska pisze tak, jakby montowała film – miękko przerzuca nas między perspektywami, zaciska pętle zdań, rozmywa granice jawy i majaku. Nie daje łatwych odpowiedzi ani moralnych wyroków. Zostawia czytelnika w ruchu – w tej samej męczącej, fascynującej wędrówce, która trzyma przy życiu jej bohaterów.

„Rok, w którym nie umarłem” Mikołaja Grynberga (Agora)

„Rok, w którym nie umarłem” Mikołaja Grynberga to książka, która wychodzi daleko poza ramy „literatury po zawale”. Punkt wyjścia jest prosty: nagłe zatrzymanie, szpital, kable, basen zamiast toalety, strach, że może nie starczyć sił na pożegnanie. Ale zawał szybko okazuje się tylko pretekstem – do opowieści o czasie, który nagle kurczy się w głowie, i o życiu, które trzeba sobie na nowo poukładać.

Grynberg, znany dotąd przede wszystkim z książek o pamięci, Zagładzie i polsko-żydowskiej tożsamości, tym razem kieruje kamerę na siebie. Korzysta przy tym z tych samych narzędzi: reporterskiej uważności i oszczędnego, precyzyjnego języka. Obserwuje szpital jak mikroświat – salę pełną mężczyzn, którzy deklarują przywiązanie do katolickich wartości, a jednocześnie przechwalają się zdradami; rehabilitację, na której wszyscy chcą być „prymusami” na rowerku stacjonarnym; drobne upokorzenia ciała, o których zwykle w literaturze się nie pisze.

To autofikcja pozbawiona patosu. Zamiast triumfalnej narracji o „drugim życiu” jest cichy lęk, fantazje o tym, co stanie się z bliskimi, obsesyjne liczenie pozostałego czasu i wreszcie prosta zasada: robić tylko to, co naprawdę chce się robić. Jest też ważny wątek męskości – bohater, pięćdziesięciokilkulatek, pozwala sobie na łzy, wstyd, bezradność, przyznaje się do bierności tam, gdzie „powinien był zareagować”.

„Rok, w którym nie umarłem” wpisuje się w serię „Tu / teraz” jako książka o doświadczeniu granicznym, które okazuje się bardzo powszechne. Nie proponuje pocieszenia ani prostych lekcji, ale daje coś cenniejszego: uczciwy zapis momentu, w którym człowiek naprawdę widzi, że „tego czasu może być mniej, niż myślał”.

„Stany przejściowe” Zofii Lorek (Drzazgi)

Kolejna książka o kryzysie? Niby tak, ale „Stany przejściowe” Zofii Lorek wyjątkowo trafnie łapią stan zawieszenia: między „muszę coś zmienić” a „najchętniej bym zniknęła”. Kryzys nie jest tu punktem zwrotnym, tylko domyślnym trybem życia.

Bohaterka – trzydziestolatka z Krakowa – mieszka z kimś, kto głównie śpi. Próbę „wejścia w życie” podejmuje w Biedronce: wkłada do koszyka łososia, kozi ser, guacamole. Ucieka jednak z trzema skradzionymi granatami i od tej pory wybiera wyłącznie Żabki – małe sklepy stają się osobnym uniwersum kaw, energetyków, niebieskich cameli i zdrapek, które liczy, by wiedzieć, ile musiałaby wygrać, by już nie pracować. Do biura oddalonego o niecałe pół kilometra niemal nigdy nie dociera, bo osiedla zmieniają się w labirynt, a czas traci kształt.

Lorek łączy temat depresji i wypalenia z czarnym humorem i absurdem – przypomina mi „Mój rok relaksu i odpoczynku” na halucynogennym filtrze. Ciało bohaterki stopniowo odmawia współpracy, a ona sama coraz częściej marzy o tym, by być „pusta w środku”. W surrealnym planie zmarły Antoni nadal chodzi do pracy i bywa u niej szafą, rybiki są najlepszymi współlokatorami, ekspedientka-sfinks i dziwne telefony z ostrzeżeniami domykają osobny, konsekwentny świat.

„Stany przejściowe” to śmieszno-straszny, bardzo współczesny debiut o życiu, w którym nie wiadomo, czy wyjściem jest zmiana, czy całkowite wylogowanie się z rzeczywistości.

„Dźwięki ptaków” Arka Kowalika (ArtRage)

Myślę, że w 2025 roku częściej szukaliśmy w literaturze nie prostych odpowiedzi, tylko języka do opisywania stanów, które trudno nazwać: zmęczenia, lęku o przyszłość, poczucia, że świat wymyka się spod kontroli. W „Dźwiękach ptaków” Arka Kowalika znalazłam dokładnie to. Jego debiutancki zbiór piętnastu opowiadań mówi głosem współczesnych trzydziestolatków – wielkomiejskich, przebodźcowanych, wątpiących, ale nadal spragnionych bliskości.

Akcja części tekstów toczy się w rozpoznawalnej Warszawie – między wyschniętą Wisłą, klubami i biurowcami – inne wybiegają w bliżej nieokreśloną przyszłość. Wspólny pozostaje pejzaż emocjonalny: przeciążenie, utrata sensu, pytanie o to, czy jednostkowe wybory cokolwiek znaczą w świecie katastrofy klimatycznej, przemocy i korporacyjnej etyki „byle do końca miesiąca”.

Kowalik świetnie pokazuje, jakie życie rozgrywa się dziś między realem a symulacją: aplikacja EMPATHIO ma rozpoznawać nastrój użytkownika i podsuwać mu emocjonalne bodźce, bohaterowie tańczą, by obudzić w sobie cokolwiek, czego nie zdusiły jeszcze leki i depresja. Tom jest też bardzo muzyczny – jak album z powracającymi motywami i refrenami.

Nie wiemy, czy postaci Kowalika znajdą to, czego szukają. Często nie są nawet pewne, czego chcą. Ale ten rodzaj uczciwego, dobrze nazwanego zagubienia sprawia, że „Dźwięki ptaków” brzmią jak nasz własny, wewnętrzny monolog.

„Sztuka przetrwania” Anki Wandzel (Karakter)

„Sztuka przetrwania” Anki Wandzel jest książką o tym, jak oddychać razem ze światem, a nie obok niego. To czuły, spokojny esej o nadziei, która potrafi wyrosnąć na gruzach traumy, o sprawczości odzyskiwanej w kontakcie z naturą i o pracy opiekuńczej: tej wobec sztuki, innych ludzi i samej siebie.

Wandzel zagląda za kulisy ważnych projektów sztuki środowiskowej – od „Rhizopolis” Joanny Rajkowskiej po „Chwasty” Diany Lelonek czy działania Cecylii Malik – ale zamiast opisywać efektowne instalacje, przygląda się temu, co zwykle niewidzialne: pracy techników, ogrodniczek, migrantek, aktywistek, osób w kryzysie bezdomności. Pokazuje, że bez ich codziennych, często nieopłaconych gestów troski żadna „wielka sztuka” by nie istniała. Z tą opowieścią splata historie roślin i zwierząt – morw, trzcin, mszaków, chwastów, bocianów – które w ciszy robią to samo: uparcie przystosowują się, tworzą sieci współzależności, ratują, ile się da.

Tłem książki są doświadczenia autorki: trudne ciąże, początek macierzyństwa w czasie pandemii, wojen i Czarnych Protestów. Z tej perspektywy praca opiekuńcza nad sztuką i światem zaczyna przypominać pracę matek, babek i ciotek – niedostrzeganą, niewpisaną w żadne CV, a jednak podtrzymującą życie. „Sztuka przetrwania” proponuje więc nową opowieść o sztuce: taką, w której – parafrazując Deborę Levy – żadna praca i żadne życie nie są ważniejsze od innych, a podstawową zasadą pozostaje: „nigdy nie będziesz szła sama”.

„Sploty” Anny Ciarkowskiej (WAB)

W 2025 roku coraz łatwiej uwierzyć, że starość staje się luksusem – czymś, czego nie jesteśmy pewni równie mocno jak stabilnej przyszłości planety. „Sploty” Anny Ciarkowskiej są dla mnie literaturą na taki czas niepokoju: zderzają dwie perspektywy – bardzo starej kobiety, która już wie, jak wygląda kres, i wnuczki, która zastanawia się, czy w ogóle będzie jej dane się zestarzeć.

Akcja toczy się w 2084 roku. Dziewięćdziesięcioośmioletnia pisarka Anna dyktuje wnuczce swoją „ostatnią książkę”. Nad nimi wisi widmo końca świata, pod nimi – wspomnienia czterech pokoleń kobiet: babć, matek, córek, sąsiadek. Z drobnych obrazów – ogrodu, kuchni, pszczół, paznokci, listów do św. Mikołaja – powstaje portret starości bez instrukcji obsługi. Ciarkowska pisze o ciele, które odmawia posłuszeństwa, o konieczności życia „w jednym pokoju”, o pogodzeniu z ograniczeniami, ale robi to bez patosu; z czułością, humorem i lekką chropowatością, która ratuje przed sentymentalizmem.

Ważną rolę odgrywają rzeczy. Ojciec Anny gromadził drobiazgi – jej rysunki, pocztówki, listy – i dopiero po jego śmierci bohaterka widzi w nich dowód czułości. Przedmioty stają się językiem miłości i potwierdzeniem, że „ktoś był”. Jednocześnie Anna nie ma złudzeń co do własnej „wieczności”: to książka, ta jedna opowieść, ma być jej śladem w świecie, który może nie przetrwać następnych stu lat.

Tło jest delikatnie dystopijne: płonąca Amazonia, podwodne piętra Empire State Building, wioski-ucieczki, system sPLOT zapisujący czyjąś pamięć. „A jeśli nie zdążę się zestarzeć, babciu?” – pyta wnuczka. Jej lęk dotyczy nie tyle zmarszczek, ile tego, czy w ogóle będzie jakieś „później” i czy po jej śmierci zostaną jacyś świadkowie.

„Ziemia nie stoi na słoniach, ale na opowieściach” – pisze Ciarkowska. „Sploty” są właśnie taką opowieścią: o starości, której się boimy, przyszłości, której nie jesteśmy pewni, i o tym, że jedyne, co naprawdę po nas zostaje, to historie, które zdążymy komuś opowiedzieć.

„Rzeczy robione specjalnie” Emilii Konwerskiej (ArtRage) 

Książka, która oswaja nasze własne dziwactwa.

„Rzeczy robione specjalnie” to zbiór krótkich form, w których codzienność jest zawieszona na drobiazgach: sposobie schodzenia po schodach, układaniu ciała na materacu, wkładaniu ręki do kieszeni. Konwerska – na co dzień poetka i krytyczka – przenosi poetycką czułość na prozę: każda scena jest gęsta od szczegółów, każde zdanie coś przestawia, coś podcina pod powierzchnią. Mamy tu jednocześnie intymny dziennik lęków i przewrotny katalog społecznych rytuałów oraz bohaterkę, która uparcie nie mieści się w przewidzianych rolach.

Autorka świetnie wyczuwa komizm sytuacji granicznych. Potrafi pisać o ataku paniki, samotności, wstydzie czy kompulsywnych myślach tak, że zamiast odwracać wzrok, mamy ochotę powiedzieć: „ojej, to ja”. Schody, skarpetki, materac, przedmioty pierwszej potrzeby stają się tu punktami zaczepienia dla opowieści o tym, jak próbujemy zachować kontrolę nad światem, który nieustannie wymyka się spod nóg.

Bohaterka Konwerskiej przypomina trochę współczesną wersję antybohaterki: neurotyczna, przesadzająca, autoironiczna, a przy tym niezwykle przenikliwa. Nie chce być „porządna” ani „racjonalna”, z uporem rozgrzebuje własne reakcje, testuje granice ciała i wyobraźni. „Rzeczy robione specjalnie” to proza, która zamiast wygładzać doświadczenie, pozwala mu zostać dziwnym. I właśnie dzięki temu staje się jedną z najciekawszych książek roku – taką, przy której można się śmiać, trochę się bać i bardzo poważnie potraktować swoje własne, pozornie błahe dziwactwa.

„Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku” Adama Zadwornego (Czarne)

Zanim wszyscy zaczęliśmy dyskutować o serialu „Heweliusz” – co zostało zagrane dobrze, czego zabrakło, jakie efekty wyszły świetne – była książka. I to właśnie od niej najlepiej zacząć. Reportaż Adama Zadwornego jest tak precyzyjny, gęsty i poruszający, że serial powinien być raczej dodatkiem niż punktem wyjścia.

„Mayday, mayday! Jan Heweliusz” – tak brzmi komunikat nadany 14 stycznia 1993 roku o 4.36 nad ranem. Prom coraz szybciej pogrąża się w lodowatym Bałtyku, pasażerowie skaczą do morza bez kombinezonów termicznych, przez burty wlewają się setki ton wody, odcinając drogę ucieczki tym, którzy zostali na pokładzie. Z ponad sześćdziesięciu osób przeżywa tylko dziewięć – wszyscy z załogi.

Zadworny wraca do największej katastrofy morskiej w powojennej Polsce z precyzją śledczego. Odtwarza przebieg tragedii niemal minuta po minucie, zagląda do archiwów, szuka ocalałych marynarzy, rozmawia z rodzinami ofiar, ekspertami i dawnymi decydentami. Interesuje go nie tylko sam moment zatonięcia, lecz także mozolne śledztwa i skrywana historia promu. Jak to możliwe, że jednostka z 26 oficjalnie odnotowanymi wypadkami wciąż wypływała w morze? Dlaczego akcja ratunkowa rozpoczęła się tak późno? Jak działała „spółdzielnia pokładowa” zarządzająca przemytem? Kto na mostku zachowywał się podejrzanie – i dlaczego?

Reporter jest tu prawie niewidoczny: oddaje głos rozmówcom, a z drobiazgowego researchu buduje sceny o filmowej intensywności – jak ta z rozbitym zegarkiem Agnieszki Goldman, zatrzymanym na 5.12. „Heweliusz” czyta się jak kryminał, chociaż finał jest znany od pierwszej strony. To opowieść o katastrofie, odpowiedzialności i o tym, jak łatwo wielka tragedia może zostać przykryta narracją o „nieobliczalnej pogodzie”. Na marginesie śledztwa pojawia się jeszcze coś: marynarskie przesądy, horoskopy, sny wdów po tych, którzy zginęli na morzu. Wszystko to składa się na reportaż śledczy najwyższej próby – lekturę, która bardzo długo nie wychodzi z głowy.

„Tylko durnie żyją do końca” Zyty Rudzkiej (WAB)

W roku, w którym literatura tak często opowiadała o kryzysach i końcach świata, Zyta Rudzka proponuje coś zupełnie innego: historię o tym, że można po prostu urządzić się w życiu po swojemu. „Tylko durnie żyją do końca” to przewrotny romans wiejski, w którym trójkąt miłosny nie jest katastrofą, lecz domem.

Lida – nauczycielka WF-u po przerwanym marzeniu o sportowej karierze – mieszka na wsi z dwoma mężczyznami, Ziutem i Rochem, gromadką psów, świnią Elvisem i kurami. Codziennie pływa w rzece, pędzi z Rochem pigwówkę, uczy dzieci przewrotów i woli spokój od miejskiego tempa. „Cała nasza trójka miała plan, żeby żyć bez planu i ten plan w stu procentach wykonujemy” – deklaruje.

Rudzka świetnie pokazuje, że ta sielanka jest koślawa, poobijana: niedawno w jeziorze utopiła się matka z dziećmi, młodzież rozsyła nagie zdjęcia, ojciec Lidy – warszawski mecenas w słomkowym kapeluszu – wciąż nie rozumie wyboru córki. A jednak właśnie tu, z dala od pilatesu, drogich win i „życia na pełnej produktywności”, bohaterowie odnajdują coś na kształt szczęścia. „Nie mamy sobie już nic do powiedzenia, co nas bardzo zbliża” – mówi Lida i jest w tych słowach więcej miłości niż w niejednym deklaratywnym wyznaniu.

Jak to u Rudzkiej, bardzo ważny jest język: krótkie, celne zdania, dowcipne porównania („życie szczodre jak świński cyc”), dialogi jak wymiana ciosów. „Tylko durnie żyją do końca” to pochwała nieidealnej, wiejskiej codzienności i kobiecej wolności, która nie prosi nikogo o pozwolenie – pachnie błotem, potem i pigwą, a jednak wydaje się niezwykle kusząca.

 

________________

Aleksandra Pakieła – absolwentka polonistyki i Polskiej Szkoły Reportażu, recenzentka literatury oraz autorka książki „Oto ciało moje” i videocastu książkowego „Weź pożycz”. Pisze o powieściach i literaturze non-fiction m.in. dla „Vogue’a”, „Newsweeka” i magazynu „Charaktery”. Koordynuje Polską Szkołę Reportażu i prowadzi działania promocyjne w wydawnictwie Dowody.

Nie optymalizujemy tekstów pod kątem SEO, nie walczymy o clickbaity i zasięgi. Chcemy być miejscem, w którym można czytać wartościowe reportaże, analizy, wywiady i felietony. Nie zarabiamy na tworzeniu tego serwisu, ale chcemy godnie płacić autorom i autorkom. Dlatego jeśli doceniasz naszą pracę, prosimy, rozważ drobne wsparcie naszych wysiłków. Dołączając do naszej społeczności w serwisie Patronite, pomagasz nam tworzyć jakościowe teksty.

Wspieram IR2

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip