Izabela O'Sullivan

Jak do nieba. Lidia Anioła z Poznania

Raport

Fot. Tomasz Kaczor

To był mój pierwszy chłopak, miałam dwadzieścia lat, jak braliśmy ślub. Nie wiedziałam, co w nim siedzi...

Jechaliśmy późnym popołudniem do teściowej, zapadał zmrok. Ja w czwartej ciąży, trójka dzieci z tyłu: dziesięć, siedem i pięć lat. Dość głośno się zachowywały, czytały sobie na głos rejestracje samochodów. Mąż nagle się na nie wydarł, a ja stanęłam w ich obronie. Przejeżdżaliśmy akurat przez las. Zatrzymał się, wykopał nas z auta i pojechał, jak gdyby nigdy nic, do swojej matki.

Dzieci zaczęły płakać, a ja się pomodliłam. Chwyciłam je za rączki, opowiadałam bajki i szliśmy poboczem. Nagle podjechał czerwony samochód, a w nim pogodny pan, jakby zesłany przez niebo. Mówił, że wszystko widział, ale chwilę odczekał, żeby nie doszło do tragedii. Okazało się, że to były policjant. Zawiózł nas do domu, a sam jeszcze kilka godzin czekał na zewnątrz, aż wróci mój mąż. Było koło północy, gdy na dole usłyszałam ostrą rozmowę. Pan z czerwonego samochodu powiedział, że jedzie na policję, a Wojciech niech czeka na rozprawę.

Mąż wszedł do góry i od razu do mnie doleciał. Powiedziałam: „Spróbujesz mnie tknąć, a wystarczy, że jeden guzik naduszę i pójdziesz siedzieć”. Coś we mnie zawsze w takich chwilach wstępowało, że bałam się w środku, ale patrzyłam mu w oczy i powtarzałam, że albo ja, albo on. Żeby ratować dzieci. Chroniłam je zawsze. Nie bały się, bo wiedziały, że wszystko będzie dobrze i że zawsze znajdę rozwiązanie.

Pracowałam w biurze Akademii Medycznej w Poznaniu. Musiałam się zwolnić, żeby mieć kontrolę nad tym, co dzieje się w domu. 

 

Zostałam opiekunką osób chorych i starszych, więc często po szkole mogłam zabierać dzieci ze sobą do pracy. 

Miałam 48 lat, jak wzięliśmy rozwód. Był 2 sierpnia, moje urodziny. Wcześniej szarpaliśmy się 9 lat. Wojciech dawał łapówki, ginęły moje papiery, śledczego, który zajmował się moją sprawą, przenieśli do innego miasta. Ale podczas rozprawy odwrócił się od męża nawet jego adwokat, bo Wojciech tak kłamał. Sędzia pouczył mnie, co mam robić w razie napastowania.

Mieszkanie w centrum Poznania przeszło na mnie i na dzieci. Miałam papiery, że były mąż nie ma prawa mnie nachodzić, dzieci – przykaz, żeby tacie nie otwierać. Długo nie dawał nam spokoju. Dzwonił domofonem, raz nawet przyczaił się w krzakach. Wracałam z kościoła, doszłam do furtki, a on jak potwór. Spojrzałam na niego surowym wzrokiem. On: „Cześć”, a ja: „Dzień dobry panu, o co chodzi?”. Powiedział: „To moja chata też”, a ja mu tłumaczyłam, że ma kartotekę.

Do czasu rozwodu mieszkaliśmy w szóstkę na stu czterdziestu jeden metrach. Nie było ogrzewania, bo mąż wywalił piece. Musiałam załatwić grzejniki olejowe. Potem się postarałam o piec akumulatorowy. Nie stać mnie było, żeby zrobić ogrzewanie centralne. A ile płaciłam za prąd! On też zarabiał, ale wszystko było na mojej głowie. Potem się dowiedziałam, że miał drugie mieszkanie, inne kobiety i dzieci.

To była państwowa kamienica, ale po rozwodzie znajomy adwokat podpowiedział, że można wykupić mieszkanie. Pieniądze dostałam od brata. Sąsiedzi myśleli, że mnie nie będzie stać i pójdę do jakiejś klitki, a ja zawsze za wszystko płaciłam. Pracowałam na dwa etaty i dawałam radę. Przeczekałam pięć lat, bo takie były warunki wykupu, i postanowiłam to mieszkanie sprzedać. Musiałabym zrobić elektrykę i ogrzewanie, poza tym trudno się było wspinać na czwarte piętro. No i były wspomnienia.

W tamtym czasie opiekowałam się kobietą po wypadku. Ktoś ją potrącił na pasach – tak poważnie, że była przykuta do łóżka. Jej syn, który z nią mieszkał, mocno się do mnie przywiązał, a serce miał jak na dłoni. Rozmawialiśmy kiedyś o mieszkaniach. Zapytał, czy chcę swoje sprzedać, a ja powiedziałam, że już drugi rok mam pośredniczkę i nic się nie dzieje. „A ja bym mógł spróbować?”, zapytał. Nie wiedziałam, że się tym zajmuje. Jak wziął sprawę w swoje ręce, to jakby je miał zaczarowane. Zaczął działać, dzwonić, szukać.

Miał sprzedać nasze mieszkanie i znaleźć nowe. Domek, w którym zamieszkaliśmy sześć lat temu, pojechał najpierw obejrzeć z moim synem. Robert powiedział: „Mama, zobaczysz, że ci się spodoba”.

Już z daleka widziałam ten brązowy ładny płotek, ogródeczek, jabłoń, choinki i duży taras.

Jak weszłam do środka, to tak, jakby było od początku życia wiadomo, że to kiedyś będzie moje. Jakby mi się już śniło. Spojrzałam, że w kuchni był krzyżyk, a w pokoju obraz Matki Bożej. Powiedziałam do właściciela: „Koniec, nie wychodzę”.

Wcześniej oglądaliśmy mieszkanie parę ulic dalej, ale mi nie pasowało, było jakieś szare i wszędzie wisiały maski, chyba przywiezione z Afryki. Dawały złą energię, aż mi prąd po plecach przeszedł. A tu wchodzę i jak do nieba. Jaśniutko, zrobione wszystko pod igłę. Wielka kuchnia, taras, schody na ogródeczek. Wszystko już było zagospodarowane. Wprowadziłam się i od razu mieszkałam. Jedynie w salonie postawiliśmy ścianę, żeby zrobić dodatkowy pokój. Jakie to było szczęście i radość, jak żeśmy się wprowadzili. W pierwszą noc spaliśmy na materacach i było cieplutko.

Tu jest sto piętnaście metrów, wszystko ładnie uformowane, nie jak tam, w kamienicy – wielki moloch. Kto miał pieniądze, mógł sobie urządzić. Małżeństwo, które ode mnie kupiło tamto mieszkanie, chyba zrobiło z niego dwa, pod wynajem, i jest zadowolone.

Domek ma dwa wejścia, sąsiad zajmuje dół i część ogrodu od jednej strony ulicy, ja od drugiej. W kuchni mam wielki stół, stać mnie było, żeby kupić. Jest pięknie, brak słów.

Córka i syn mieszkają ze mną, drugi syn osobno, a trzeci jest w Anglii, ale przylatuje co dwa miesiące. Mamy swoje pokoje, a każdy i tak odpoczywa razem. W domu na okrągło jest ruch. Najstarszy syn ma tu garaż, drugi swoje grządki w ogródku. Tu mają swoją odskocznię. 

Nigdy nie myślałam, że po tym wszystkim jeszcze tak kiedyś będę mieszkać. To jest tak, jakby wielka łaska na nas spadła, tak mi się udało. Mam wrażenie, że los mi wynagradza teraz te trudne lata. Doszłam do siebie psychicznie, zeszły ze mnie strach i lęk. Jak żyłam z tym człowiekiem, wszystko było na mojej głowie i ciągle coś trzeba było klecić. A tu jest miejsce dla mnie i dla wszystkich.

 

Może Cię zainteresować

Komentarz
Paweł Jędral
Wojna z mediami. Rok protestów w Gruzji

Rok nieprzerwanych protestów w Tbilisi to także historia narastającej presji na media i dziennikarzy relacjonujących sprzeciw wobec władzy. Od początku 2025 roku represje – od grzywien i aresztowań po pobicia i przemoc – coraz częściej wymierzone są właśnie w media. Paweł Jędral analizuje, w jaki sposób walka o przyszły kierunek Gruzji po kontrowersyjnych wyborach z 2024 roku stała się jednocześnie walką o wolność prasy.

Esej
Abdullah Hany Daher
Światło, które zdradza

Nawet niebo nad Gazą się zmieniło. Słońce wschodzi, ale nie daje ciepła. Noc zapada, ale nie przynosi wytchnienia.

Wideo
Dyba i Lach
Mur - opowieść trzech kobiet

Dorota Borodaj, Joanna Pawluśkiewicz i Katarzyna Wappa w przejmujących słowach opowiadają o tym czym jest mur dzielący Puszczę Białowieską wzdłuż polsko - białoruskiej granicy. W pierwszym filmowym eseju wyprodukowanym przez serwis www.ir2.info przyglądamy się przyrodniczym, krajobrazowym i społecznym konsekwencjom powstania wielkiego płotu.

Wywiad
Davies / Springer
Norman Davies: Z analogiami lepiej uważać

Oczywiście historia zna przypadki, gdy ludzie marni, nawet bardziej marni od Trumpa, stawali na czele państw. Do tej pory jednak to systemy niedemokratyczne sprzyjały takim jednostkom. Dyktatury opierają się wręcz na osobach wyzutych z jakiejkolwiek przyzwoitości. Tutaj mamy do czynienia z dojrzałą demokracją i to jest właśnie niepokojące.

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip