To był mój pierwszy chłopak, miałam dwadzieścia lat, jak braliśmy ślub. Nie wiedziałam, co w nim siedzi...
Jechaliśmy późnym popołudniem do teściowej, zapadał zmrok. Ja w czwartej ciąży, trójka dzieci z tyłu: dziesięć, siedem i pięć lat. Dość głośno się zachowywały, czytały sobie na głos rejestracje samochodów. Mąż nagle się na nie wydarł, a ja stanęłam w ich obronie. Przejeżdżaliśmy akurat przez las. Zatrzymał się, wykopał nas z auta i pojechał, jak gdyby nigdy nic, do swojej matki.
Dzieci zaczęły płakać, a ja się pomodliłam. Chwyciłam je za rączki, opowiadałam bajki i szliśmy poboczem. Nagle podjechał czerwony samochód, a w nim pogodny pan, jakby zesłany przez niebo. Mówił, że wszystko widział, ale chwilę odczekał, żeby nie doszło do tragedii. Okazało się, że to były policjant. Zawiózł nas do domu, a sam jeszcze kilka godzin czekał na zewnątrz, aż wróci mój mąż. Było koło północy, gdy na dole usłyszałam ostrą rozmowę. Pan z czerwonego samochodu powiedział, że jedzie na policję, a Wojciech niech czeka na rozprawę.
Mąż wszedł do góry i od razu do mnie doleciał. Powiedziałam: „Spróbujesz mnie tknąć, a wystarczy, że jeden guzik naduszę i pójdziesz siedzieć”. Coś we mnie zawsze w takich chwilach wstępowało, że bałam się w środku, ale patrzyłam mu w oczy i powtarzałam, że albo ja, albo on. Żeby ratować dzieci. Chroniłam je zawsze. Nie bały się, bo wiedziały, że wszystko będzie dobrze i że zawsze znajdę rozwiązanie.
Pracowałam w biurze Akademii Medycznej w Poznaniu. Musiałam się zwolnić, żeby mieć kontrolę nad tym, co dzieje się w domu.