Filip Springer
Dekadę temu łudziłem się jeszcze, że mamy z miastami trochę inne problemy niż te, które właśnie objawiają się w nich z coraz większą mocą

Miasto szczęśliwe. Ale czy naprawdę?

Felieton

Nie jest to wyraz jakiegoś fatalistycznego pragmatyzmu, a jedynie coraz głębsze przekonanie, że kategoria szczęścia jest zbyt młoda, byśmy mogli ją przykładać do struktur tak wiekowych jak nasze miasta.

Jakiś czas temu zostałem zaproszony do debaty pod tym hasłem: miasto szczęśliwe. Zapraszający mieli prawdopodobnie gdzieś w tyłach głowy, że w swoim czasie napisałem wstęp do książki o takim właśnie tytule. Zrobiłem to w roku 2014, czyli dekadę temu, gdy łudziłem się jeszcze, że mamy z miastami trochę inne problemy niż te, które właśnie objawiają się w nich z coraz większą mocą. Postanowiłem więc łączność tych dwóch pojęć - miasta i szczęścia, na nowo przemyśleć.

Zacznijmy jednak od Mistrza Kołakowskiego:

Po pierwsze przyjaciele. A poza tym:
Chcieć niezbyt wiele. Wyzwolić się z kultu młodości. Cieszyć się pięknem. Nie dbać o sławę. Wyzbyć się pożądliwości. Nie mieć pretensji do świata. Mierzyć siebie swoją własną miarą. Zrozumieć swój świat. Nie pouczać. Iść na kompromisy ze sobą i światem. Godzić się na miernotę życia. Nie szukać szczęścia. Nie wierzyć w sprawiedliwość świata. Z zasady ufać ludziom. Nie skarżyć się na życie. Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

Te przykazania prof. Leszek Kołakowski sformułował w rozmowie z Jackiem Żakowskim przeprowadzonej dla tygodnika „Polityka” w 2004 roku.

Miałem wtedy 22 lata i pamiętam, jak wstrząsnęła mną lektura tej rozmowy. A zwłaszcza dwuwers: „godzić się na miernotę życia / nie szukać szczęścia”.

Dla kogoś kto właśnie wkraczał w dorosłość, brzmiało to jak herezja. Cały świat przecież, wszystko dookoła, kazało mi nie godzić się na miernotę czegokolwiek, chwytać się każdej możliwej szansy na polepszenie swojego bytu i szukać, szukać i jeszcze raz szukać: szczęścia właśnie. Gdy ma się dwadzieścia dwa lata, życie, w które się właśnie wkracza (zdawałoby się) na własnych warunkach wydaje się czymś, co może być tylko szczęśliwe albo nieszczęśliwe.

A tu mądry człowiek mówi: nie szukać szczęścia.

Co gorsza - profesor Kołakowski zestawił te dwa krótkie przykazania z innymi, których sens rozumiałem i podzielałem („nie pouczać”, „zasady ufać ludziom”, „unikać fundamentalizmu” itd). To potęgowało konfuzję. Tłukłem się po świecie przez kilka dobrych lat, aż przyswoiłem sobie naukę z tej lektury. Dziś już rozumiem, co Kołakowski miał na myśli, gdy formułował swoje przykazania w rozmowie z Żakowskim oraz gdy w książeczce Czy Bóg jest szczęśliwy i inne pytania pisał: „Powyżej wieku pięciu lat jesteśmy przypuszczalnie za starzy na szczęście”.
Co nie znaczy, że jestem nieszczęśliwy.
Względem szczęścia w życiu przyjmuję po prostu postawę agnostyczną.

Zaczynam od tej myśli Kołakowskiego, bo kiedyś użyłem jej podczas jednej z miejskich debat, w jakich od czasu do czasu zdarza mi się brać udział. Wydarzenie organizowała Ambasada Królestwa Danii - kraju, który od lat wiedzie prym w rankingach szczęśliwości (i spożycia antydepresantów) i którego stolica uchodzi za wzorzec miasta szczęśliwego. Kopenhagenizacja miast stała się już produktem, wiedzą tajemną, którą różnej maści firmy i konsultanci eksportują na cały świat - od Nowego Jorku, przez Warszawę, Pleszew, po Astanę i Moskwę. Rozmawialiśmy pod hasłem „Szczęśliwe, zdrowe i włączające miasta”, lukier lał się gęsto, miękki, skandynawski paternalizm wchodził w nas jak w masło. I gdy już wszyscy byliśmy niemal przekonani, że ogólnoludzkie, miejskie szczęście jest na wyciągnięcie naszych rąk, postanowiłem moim dyskutantom i dyskutantkom, przeczytać zamiast błyskotliwej, własnej puenty, te przykazania Kołakowskiego. Chwilę później nasz czas na scenie dobiegł końca, a ja musiałem biec na pociąg do Warszawy. Gdy siedziałem już wygodnie w swoim przedziale, dostałem SMS-a od znajomej, która została na konferencji do końca:

„Strasznie skwasiłeś atmosferę tym Kołakowskim - pisała - zupełnie ich wybiłeś z rytmu”.

W zasadzie o to mi chodziło. Pojęcie „miasta szczęśliwego” spopularyzował swoją bestsellerową książką kanadyjski dziennikarz Charles Montgommery. To właśnie do jej polskiego wydania pisałem ów wstęp. Jest to szalenie pouczająca i pożyteczna lektura. I założycielski bestseller znakomitej, miejskiej serii wydawnictwa Wysoki Zamek. Od jego pierwszego wydania w naszym kraju upłynęła dekada. Sięgam po ten tytuł regularnie, bo Montgommery odrobił tam porządnie wszystkie lekcje - objechał kawał świata, od Bogoty zaczynając, a na Vancouver kończąc. Jest więc ta książka solidnym kompendium wiedzy o progresywnych, miejskich rozwiązaniach budujących silne wspólnoty, sprzyjających zdrowiu i środowisku, zwiększających odporność na kryzysy i podnoszących jakość życia w miastach. Ale czy to wszystko daje ich mieszkańcom szczęście? Czy czyni te miasta „szczęśliwymi”? Im częściej zaglądam do Montgommery'ego, i im dłużej chodzę po ziemi, tym bardziej wątpię.

 

Nie jest to wyraz jakiegoś fatalistycznego pragmatyzmu, a jedynie coraz głębsze przekonanie, że kategoria szczęścia jest zbyt młoda, byśmy mogli ją przykładać do struktur tak wiekowych jak nasze miasta.

Z historycznego punktu widzenia, szczęście jest konceptem, który pojawił się dopiero wraz z nastaniem ery nowoczesnej. Wcześniej celem ludzkiego życia były najczęściej reprodukcja i po prostu przetrwanie. Potem wierność bogom i ewentualne zbawienie (jeśli akurat dany bóg takie oferował), z czasem doszła do tego służba królowi, innemu władcy albo panu, choćby miał to być jakiś podrzędny szlachcic czy inny feudał. Szczęście w rejestrze celów ludzkiego istnienia pojawiło się dość późno. Niemiecki filozof Peter Sloterdijk uważa, że stało się to wówczas, gdy człowiek posiadł technologię i butę do tego, by podporządkować sobie cały świat. Oświecenie, narodziny współczesnej nauki, rozum jako coś co odróżnia nas od „zwierzęcych maszyn”, wreszcie maszyna parowa, przemysł, kolej, paliwa kopalne - kolejne fazy rewolucji przemysłowej, wszystko to doprowadziło do narodzin nowoczesności - epoki, w której człowiekowi zaczyna się wydawać, że może wszystko. Że tylko od jego ciężkiej fizycznej i umysłowej pracy zależy zgłębienie wszystkich tajemnic wszechświata oraz wydobycie i wykorzystanie wszystkich jego zasobów na swój, ludzki, pożytek. W tym właśnie momencie dochodzi do tego, co Sloterdijk nazywa „planetaryzacją poszukiwań szczęścia”. Już nie przetrwanie, nie zbawienie, nie służba i śmierć w wojennej chwale, a właśnie szczęście staje się celem człowieka. Niemiecki filozof widzi w tym momencie początek końca konceptu nowoczesnego, czy też, jak kto woli, zalążek ponowoczesności czyli epoki, w której zasłona opada, obietnica szczęścia okazuje się czczą iluzją, a człowiek staje samotny wobec nagiej rzeczywistości. Ten moment rozczarowania czy też przejrzenia na oczy Walter Benjamin ujął w słynnych słowach, że „nowoczesność zrodziła się pod znakiem samobójstwa” antycypując nieco planetarne rozczarowanie konceptem powszechnej szczęśliwości.

Ciągle jednak istnieją nisze, w których ten rodzaj myślenia ma się dobrze. Jedną z tych nisz jest właśnie ogólnie rozumiany dyskurs miejski. To w zasadzie zdumiewające, bo po kolejnych ekonomicznych wstrząsach, po pandemii, wojnie w Ukrainie, rzezi Palestyny, wobec postępujących zmian klimatu i przekształceń planetarnego ekosystemu, jako jednostki coraz silniej chyba tracimy złudzenia, że nasze życia będą szczęśliwe w takim rozumieniu, w jakim pojmowaliśmy to słowo u progu XXI wieku. Owszem gdzieś tam łakniemy szczęścia, wychowaliśmy się w bowiem w świecie, który to pojęcie sfetyszyzował, definiujemy je jednak zdecydowanie inaczej. Dziś jesteśmy zasadniczo szczęśliwi (zadowoleni?), bo nie ma u nas wojny, wizja polexitu oddaliła się nieco wraz z ubiegłorocznymi wyborami, nie widać kolejnej pandemii na horyzoncie, chwilowo nasze finanse są z grubsza stabilne (cokolwiek miałaby ich „stabilność” znaczyć) i możemy spokojnie konsumować. Jednocześnie wstrząsy ostatnich lat uświadomiły nam jak kruchy jest to stan. Widok rosyjskich czołgów rozjeżdżających ukraińskie supermarkety, łudząco podobne do polskich supermarketów, został w nas głęboko i nie pozwala nam uznawać, że tak już będzie zawsze. Uchodźcy z Ukrainy koczujący na polskich dworcach wiosną 2022 roku byli łudząco podobni do nas. Mieli na sobie kurtki z tych samych odzieżowych sieciówek.

A przecież gdyby dziesięć lat temu ktoś nas zapytał, czy brak wojny definiuje nasze szczęście uznalibyśmy to za herezję. Dziś, jestem o tym przekonany, definiuje.

Pojęcie miasta szczęśliwego coraz mniej przystaje do rzeczywistości, jaka nas czeka. Wywodzi się bowiem z nowoczesnej wizji świata - takiego, w którym wiemy już i mamy wszystko, więc w końcu możemy spokojnie odpocząć. Tymczasem w połowie trzeciej dekady XXI wieku dotrzeć do nas musi, że dobrze (szczęśliwie) już było. Dziś myśląc o naszych miastach, musimy przygotować je na kryzysy, które nadejdą - kolejne pandemie, wzrastające globalne temperatury i ich konsekwencje, postępujące kryzysy zdrowia psychicznego, turbulencje na rynkach finansowych oraz wojny. Owszem - wiele rozwiązań z katalogu „miast szczęśliwych” znajdzie tu dla siebie miejsce. Miasta bardziej odporne na zmiany klimatu, to miasta błękitne i zielone, bioróżnorodne, zwarte, gęste i zeroemisyjne, a więc takie, po których poruszamy się o własnych siłach, a nie samochodami. Lockdown łatwiej przetrwać w mieście silnych, sąsiedzkich wspólnot. To one także są elementem oporu i mobilizacji w sytuacji wojennego kryzysu co pokazały liczne, obywatelskie inicjatywy w miastach Ukrainy.
„Miasto szczęśliwe” pozwolę sobie więc traktować jak koncept z przeszłości, który trzeba przetłumaczyć na język teraźniejszości. Owszem, można się zżymać, że w takim miejscu się znaleźliśmy, ale można znowu sięgnąć po przykazania filozofa, który mówi:

„Nie mieć pretensji do świata (…)Nie skarżyć się na życie (…) Chcieć niezbyt wiele”.

Pomóż nam tworzyć jakościowe treści

Nie optymalizujemy naszych tekstów pod kątem SEO, nie walczymy o clickbaity i zasięgi. Publikujemy teksty i materiały, których brakuje nam w sieci. Właśnie dlatego stworzyliśmy ten serwis. Chcemy być miejscem, w którym możecie przeczytać wartościowe reportaże, analizy, wywiady i felietony. Nie zarabiamy na tworzeniu tego serwisu, ale chcemy godnie płacić autorom i autorkom, którzy dla nas piszą. Dlatego jeśli doceniasz naszą pracę, prosimy, rozważ drobne wsparcie naszych wysiłków. Dołączając do naszej społeczności w serwisie Patronite pomagasz nam tworzyć jakościowe teksty.

Dołącz do naszej społeczności w serwisie Patronite!

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip