Dla kogoś kto właśnie wkraczał w dorosłość, brzmiało to jak herezja. Cały świat przecież, wszystko dookoła, kazało mi nie godzić się na miernotę czegokolwiek, chwytać się każdej możliwej szansy na polepszenie swojego bytu i szukać, szukać i jeszcze raz szukać: szczęścia właśnie. Gdy ma się dwadzieścia dwa lata, życie, w które się właśnie wkracza (zdawałoby się) na własnych warunkach wydaje się czymś, co może być tylko szczęśliwe albo nieszczęśliwe.
A tu mądry człowiek mówi: nie szukać szczęścia.
Co gorsza - profesor Kołakowski zestawił te dwa krótkie przykazania z innymi, których sens rozumiałem i podzielałem („nie pouczać”, „zasady ufać ludziom”, „unikać fundamentalizmu” itd). To potęgowało konfuzję. Tłukłem się po świecie przez kilka dobrych lat, aż przyswoiłem sobie naukę z tej lektury. Dziś już rozumiem, co Kołakowski miał na myśli, gdy formułował swoje przykazania w rozmowie z Żakowskim oraz gdy w książeczce Czy Bóg jest szczęśliwy i inne pytania pisał: „Powyżej wieku pięciu lat jesteśmy przypuszczalnie za starzy na szczęście”.
Co nie znaczy, że jestem nieszczęśliwy.
Względem szczęścia w życiu przyjmuję po prostu postawę agnostyczną.
Zaczynam od tej myśli Kołakowskiego, bo kiedyś użyłem jej podczas jednej z miejskich debat, w jakich od czasu do czasu zdarza mi się brać udział. Wydarzenie organizowała Ambasada Królestwa Danii - kraju, który od lat wiedzie prym w rankingach szczęśliwości (i spożycia antydepresantów) i którego stolica uchodzi za wzorzec miasta szczęśliwego. Kopenhagenizacja miast stała się już produktem, wiedzą tajemną, którą różnej maści firmy i konsultanci eksportują na cały świat - od Nowego Jorku, przez Warszawę, Pleszew, po Astanę i Moskwę. Rozmawialiśmy pod hasłem „Szczęśliwe, zdrowe i włączające miasta”, lukier lał się gęsto, miękki, skandynawski paternalizm wchodził w nas jak w masło. I gdy już wszyscy byliśmy niemal przekonani, że ogólnoludzkie, miejskie szczęście jest na wyciągnięcie naszych rąk, postanowiłem moim dyskutantom i dyskutantkom, przeczytać zamiast błyskotliwej, własnej puenty, te przykazania Kołakowskiego. Chwilę później nasz czas na scenie dobiegł końca, a ja musiałem biec na pociąg do Warszawy. Gdy siedziałem już wygodnie w swoim przedziale, dostałem SMS-a od znajomej, która została na konferencji do końca:
„Strasznie skwasiłeś atmosferę tym Kołakowskim - pisała - zupełnie ich wybiłeś z rytmu”.
W zasadzie o to mi chodziło. Pojęcie „miasta szczęśliwego” spopularyzował swoją bestsellerową książką kanadyjski dziennikarz Charles Montgommery. To właśnie do jej polskiego wydania pisałem ów wstęp. Jest to szalenie pouczająca i pożyteczna lektura. I założycielski bestseller znakomitej, miejskiej serii wydawnictwa Wysoki Zamek. Od jego pierwszego wydania w naszym kraju upłynęła dekada. Sięgam po ten tytuł regularnie, bo Montgommery odrobił tam porządnie wszystkie lekcje - objechał kawał świata, od Bogoty zaczynając, a na Vancouver kończąc. Jest więc ta książka solidnym kompendium wiedzy o progresywnych, miejskich rozwiązaniach budujących silne wspólnoty, sprzyjających zdrowiu i środowisku, zwiększających odporność na kryzysy i podnoszących jakość życia w miastach. Ale czy to wszystko daje ich mieszkańcom szczęście? Czy czyni te miasta „szczęśliwymi”? Im częściej zaglądam do Montgommery'ego, i im dłużej chodzę po ziemi, tym bardziej wątpię.