Wprowadziliśmy się tutaj we wrześniu 2024 roku. Urządziliśmy roczek Bruna połączony z parapetówką, a następnego dnia zaczęliśmy remont. Część, w której obecnie mieszkamy, była tak dobrze utrzymana, że wystarczyło jedynie odmalować ściany. Mimo że zajmowana przez nas przestrzeń to tylko kilka metrów więcej niż nasze poprzednie mieszkanie, od razu odczuliśmy poprawę komfortu. Przede wszystkim mąż ma osobne pomieszczenie do pracy. Mogę spokojnie usypiać syna i nie ma konfliktów. Nie stresujemy się, że Przemek ma calla albo że musi dokończyć coś pilnie do pracy. A przede wszystkim cieszymy się z ogrodu.
Po studiach kupiliśmy z Przemkiem niewielkie mieszkanie – salon z aneksem kuchennym i małą sypialnią, łącznie czterdzieści pięć metrów kwadratowych. Mąż pracował zdalnie w pokoiku, ja zajmowałam się córką w salonie. Kiedy na świat przyszedł Bruno, manewrowanie w tej przestrzeni stało się jeszcze trudniejsze. Usypiałam małego, a Przemek w tym czasie przerywał pracę i szedł do Julki. Potem wracał popracować do sypialni, ale syna często budziło stukanie w klawiaturę, nie mówiąc o sytuacjach, gdy mąż miał spotkanie online.
Już po narodzinach Julki rozmawialiśmy o kupieniu czegoś większego, a teraz wiedzieliśmy, że nie ma co zwlekać. Postanowiliśmy, że będzie to dom z ogródkiem, bo w okolicy, na której nam zależało, można było znaleźć takie, których cena była zbliżona do mieszkań w nowym budownictwie. Ostatecznie wyszło taniej niż za trzy lub cztery pokoje w bloku.
Zależało nam, żeby przenieść się na Osiedle Wzgórze Mickiewicza, bo tu mieszkają moi rodzice, a kiedyś również babcia. Jest dobrze skomunikowane i spokojne. Pani Agnieszka, agentka nieruchomości, którą polecił nam znajomy, szybko znalazła to, czego szukaliśmy. Korzystaliśmy z jej usług, bo mąż dużo pracował, a ja, zajmując się dwójką dzieci, nie miałam czasu, żeby przeglądać oferty. Zależało nam też na sprawnej sprzedaży naszego mieszkania, żebyśmy mogli dobrać jak najmniejszy kredyt na dom.