Olga Wiechnik

Dobrą mam tu starość, lekką, wygodną, ciepłą. Halina Adamczuk z Siedlec

Raport

Fot. Tomasz Kaczor

Miałam siedlisko: duży plac, na nim stodoła, garaż i dom piętrowy, murowany. Razem z mężem żeśmy ten dom budowali. Najpierw umarł on, potem syn. I już nie miałam żadnej pomocy, w piecu sama przecież nie napalę. Tam już nie było dla mnie życia. Córki mnie wzięły i do Siedlec zabrały. Razem z mężem żeśmy ten dom budowali.

Co tam rosło? Wszystko rosło, i zboże było, i łąki były, ziemniaki, no jak to w rolnictwie; len miałam, warzywa różne, jak to na gospodarce – roboty było po same uszy. Wstawać trzeba było do dnia, przed wschodem słońca. Dzieci były małe, później podrosły, trzeba było do przedszkola, do szkoły je wyszykować, zaprowadzić, wcześniej naleśników nasmażyć, bo śniadanie zawsze było na ciepło, nie tylko w zimę. A potem obrządek, pole, od rana do nocy praca. Prace domowe wszystkie lubiłam. Musiałam lubić, bo jak nie lubić, jak codziennie trzeba wszystko robić?

Przywiozłam tu sobie zdjęcia, poduszeczki różne, kubki ulubione, dawniejsze moje. Bo z domu rodzinnego to nie mam nic, tylko pamięć. Urodziłam się w 1941 roku w Sewerynówce, moja mamusia stamtąd pochodziła. Pamiętam, miałam cztery lata, jak mnie mamusia w wojnę niosła, na rękach, na barana, i za rączkę prowadziła – do samych Trębic szłyśmy na piechotę, do tatusia. Pamiętam jeszcze, jak bomby waliły, za szosą całe doły były w ziemi powyrywane. I jak w piwnicyśmy spali, pamiętam. Jeden łomot to był, nie było spania, tylko strach był. Ale tam już był tatusio mój, i stryjko, i babcia i dziadek. To wszystko pamiętam jak dziś.

W Trębicach mieszkałam do zamążpójścia, potem poszłam do Wyrozębów. Ile miałam lat? Bo ja wiem, panna byłam. Męża poznałam na zabawie, w Sawicach, tam była remiza. Co mi się w mężu spodobało? W jego wsi, w Wyrozębach, był kościół, była szkoła, był szpital i przedszkole. Wszystko było. Wcześniej do kościoła chodziłam do Paprotni, ale miałam daleko. A tam kościół miałam we wsi. Tak się męża wybierało: żeby było lżej w życiu, nie ciężej. No, ale też ładny chłopak z niego był, nie powiem. Jak Tośka urodziłam, miałam dwadzieścia pięć lat. Późno? A po co to się spieszyć?

Najpierw był dom drewniany, z dwóch stron winogronem porośnięty, więc chłodno, przyjemnie. Ale zrobił się za mały, bo dzieci rosły, a dom nie. Przyjechał kupiec, dom mu się spodobał, rozebrali go, kupili drugi i z dwóch zrobili sobie jeden. I stoi gdzieś, dalej komuś służy. A my pobudowaliśmy nowy.

Oprócz dzieci miałam tatusia na dochowaniu. Pognał któregoś dnia krowy na pastwisko, krowy się poplątały i pal uderzył tatusia w oko, oko wypłynęło. Syn go znalazł na smugu, na łące: „Co się stało tatowi?”. „Nic nie widzę!”. Zabrał ojca do przychodni, do lekarza po skierowanie, a to przecież trzeba było od razu karetkę na pole wzywać, nie po skierowanie jechać. Tatusia do Siedlec zawieźli, po piętrach różnych prowadzali, pantofle pogubił, te pantofle pozbierali i za tatusiem nieśli. Karetka go w końcu zawiozła do Warszawy. Jak się dowiedziałam, że tatusia zabrali, to jakem stała, tak pojechałam szukać go do Siedlec. W jednym szpitalu nie ma, w drugim nie ma. W końcu jakaś doktórka wzięła za telefon i dzwoni po szpitalach. Nie ma! Może do Warszawy zabrali? No to wsiadłam w pociąg i pojechałam do Warszawy szukać tatusia. Tam mi pani doktór mówi: „nie uratowaliśmy oka. Będzie ciemny cały czas”. Bo jedno oko już wcześniej stracił, jak go w wojnę Niemiec batem w twarz uderzył, bo tatusio zboża nie chciał mu oddać… Ze szpitala w Warszawie wypuścili go po dwóch tygodniach, autobusem go przywiozłam do domu, pięć lat jeszcze tatusio żył, ja się nim opiekowałam. Dzieci już na szczęście duże miałam, najmłodsze w podstawówce. Jak w pole musiałam iść, to teściowa albo sąsiadka zaglądały, jeden sąsiad przychodził włosy tatusiowi podcinać. Sąsiadów dobrych miałam. Cały czas dobrze żyjemy, z nikim się nie gniewam, dzwonią do mnie często.

Mąż na co zmarł? Na śmierć. Udarł miał. Szedł od kolegi, przewrócił się pod krzyżem za mostem. Kolega przyjechał rowerem i mówi: „Ty, twój Staszek nie żyje, pod krzyżem leży, za mostem”. Syn wsiadł na rower i pojechał. Zabrali go. Agatka, córka moja, przyjechała z garniturem, kobiety go umyły, ubrały. Mamy kościół w Wyrozębach, mamy cmentarz, to nie trzeba było nigdzie jechać, tuśmy go pochowali, 2020 rok był. A syn zmarł niedawno, 15 kwietnia, właśnie rok mija, drugi udar go wziął. I sama zostałam w tym domu, z tym piecem. Córki się zastanawiały, co ze mną robić. Jedna w Warszawie mieszka, druga w Siedlcach – codziennie dojeżdżać trzydzieści kilometrów w jedną stronę, było jej ciężko. A kto mi w centralnym napali? Przecież sama nie napalę… z wózeczkiem chodzę, a do kotłowni się po schodkach idzie… Można gaz podciągnąć, ale i tak by się córki bały, że sama jestem. Wymyśliły, że kupią mi mieszkanie w Siedlcach. Sprzedały ziemię po bracie, swojej części się zrzekły. 

 

Jak się dowiedziałam, że mnie chcą przeprowadzić do miasta, to się przeraziłam: jak ja tam będę mieszkać, jak ja nikogo tam nie znam? Ja się nigdzie nie przeprowadzę, mówię im, oddajcie mnie do domu starców, tam jest ksiądz, tam są ludzie, ja nigdzie indziej nie pójdę!

Już chciały rezygnować z pomysłu, ale skusił je ogródeczek, taki kawałek własnej ziemi. Jak Kinga, to znaczy agentka, ale ona dla nas już Kinga, pokazywała mojej Agatce to mieszkanie, to się dziewczyny zgadały i się okazało, że moja Agatka z jej mamą do jednej klasy chodziły, z jednej wsi pochodzimy! Agatka zapakowała mnie i mój wózeczek do samochodu i przyprowadziły mnie z Kingą tutaj. Wchodzę, balkonik się mieści, wszędzie szeroko, wygodnie, pokój, zaglądam, przedpokój, obracam się w prawo, łazienka, obracam się lewo, kuchnia, dużo miejsca, ogród, wszędzie mogę wejść. Zgodziłam się. Ale tylko na zimę i dopiero w listopadzie. Póki nie trzeba palić i mogę na zewnątrz siedzieć i malinki zbierać, nigdzie nie idę. W domu wszystko ma zostać tak jak jest, bo ja w lato wrócę do siebie –zapowiedziałam.

Rano, w dniu przeprowadzki, dzwonię do córki i mówię: „Tylko nie krzycz na mnie! Nie wiem, co mi przyszło do głowy, czy mi się coś przyśniło, czy to nerwy przed przeprowadzką…”. Poszłam w nocy zajrzeć do kotłowni… Może chciałam zobaczyć, czy jednak dam radę?… Nie chodziłam tam od pięciu lat, już tych kilka schodków od dawna było dla mnie za dużo. Mąż chodził, a potem syn. A teraz znowu ja poszłam i wpadłam do tej piwnicy razem z wózkiem. Ja leżę, a wózek stoi. Poobijałam się, nie wiedziałam, gdzie jestem, bo tam ciemno, zimno. Kilka godzin tak leżałam, w końcu się jakoś wygrzebałam. Córki przyjechały i mnie zabrały. To było pół roku temu, 1 listopada.

Tydzień temu pojechałyśmy z Agatką po letnie rzeczy. Dom stał przez zimę nieogrzewany. Rozglądamy się, córka pyta: „I co, mamo, chciałabyś tutaj wrócić?”. „Nieee, przestań, tu jest zimno, jedziemy do domu!”. Już mój dom jest gdzie indziej. 

Pamiętam pierwszą noc w nowym miejscu, wtedy, w listopadzie. Dobrze mi było, ciepło, spałam jak lord. Córka nocowała w drugim pokoju, a ja tu w sypialni mam łoże takie, że troje może spać i jeszcze im będzie wygodnie! Tam miałam maliny, porzeczki, czego mi tam brakło, wszystko miałam, buraczki, marchew, pomidory, ogórki… Ale tu też mam ogródek, a w nim fotelik, wychodzę sobie, siadam. Tylko słońca mało, bo to od wschodu, ale na upały będzie dobry, chłodny taki.

Teraz, dzięki Bogu, zapoznałam trochę ludzi. Jednego dnia kran mi się popsuł, woda się lała. Co robić? 

Wyszłam na korytarz i krzyczałam: „Ludzie, ratunku!”. Wpadła sąsiadka, pyta: „Co się pani stało?!”. Ja mówię: „Mnie nic, ja jestem zdrowa, tylko woda mi się leje!”. Pobiegła na korytarz, zakręciła zawór i przyszła posprzątać. Ja tylko płakać i na ludzi liczyć mogłam. I się okazało, że sąsiadów mam dobrych.

Czasem zajrzą, jak grilla robią, to kiełbasę przyniosą. Taki pan jeszcze przychodzi do mnie, do jednej gminy należeliśmy, on wszystkich zna w Wyrozębach i w Paprotni, i dużo ludzi w Trębicach, wspominamy sobie ich razem. To jest taki człowiek, co się chyba wolontariusz nazywa, z Caritasu, to teraz znajomy mój bliski. Pani Kinga, agentka, jak przyszła do nas na obiad, to powiedziała, że pięknie wyglądam, że cerę mam inną, kolor taki ładny, zdrowy.

Znowu swoje seriale oglądam. Bo po śmierci syna przestałam – jak jest żałoba, to nie ma telewizji. Córka mieszka trzy kilometry stąd, codziennie u mnie jest, czasem dwa razy dziennie, czasem zanocuje. Druga też przyjeżdża, choć daleko ma. Dbają o mnie, kwiatków nasadzą… Córki mam takie, że nie zamieniłabym się z nikim. Dobrą mam tu starość, lekką, wygodną, ciepłą. Do ciepła szybko się człowiek przyzwyczaja. 

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip