Miałam siedlisko: duży plac, na nim stodoła, garaż i dom piętrowy, murowany. Razem z mężem żeśmy ten dom budowali. Najpierw umarł on, potem syn. I już nie miałam żadnej pomocy, w piecu sama przecież nie napalę. Tam już nie było dla mnie życia. Córki mnie wzięły i do Siedlec zabrały. Razem z mężem żeśmy ten dom budowali.
Co tam rosło? Wszystko rosło, i zboże było, i łąki były, ziemniaki, no jak to w rolnictwie; len miałam, warzywa różne, jak to na gospodarce – roboty było po same uszy. Wstawać trzeba było do dnia, przed wschodem słońca. Dzieci były małe, później podrosły, trzeba było do przedszkola, do szkoły je wyszykować, zaprowadzić, wcześniej naleśników nasmażyć, bo śniadanie zawsze było na ciepło, nie tylko w zimę. A potem obrządek, pole, od rana do nocy praca. Prace domowe wszystkie lubiłam. Musiałam lubić, bo jak nie lubić, jak codziennie trzeba wszystko robić?
Przywiozłam tu sobie zdjęcia, poduszeczki różne, kubki ulubione, dawniejsze moje. Bo z domu rodzinnego to nie mam nic, tylko pamięć. Urodziłam się w 1941 roku w Sewerynówce, moja mamusia stamtąd pochodziła. Pamiętam, miałam cztery lata, jak mnie mamusia w wojnę niosła, na rękach, na barana, i za rączkę prowadziła – do samych Trębic szłyśmy na piechotę, do tatusia. Pamiętam jeszcze, jak bomby waliły, za szosą całe doły były w ziemi powyrywane. I jak w piwnicyśmy spali, pamiętam. Jeden łomot to był, nie było spania, tylko strach był. Ale tam już był tatusio mój, i stryjko, i babcia i dziadek. To wszystko pamiętam jak dziś.
W Trębicach mieszkałam do zamążpójścia, potem poszłam do Wyrozębów. Ile miałam lat? Bo ja wiem, panna byłam. Męża poznałam na zabawie, w Sawicach, tam była remiza. Co mi się w mężu spodobało? W jego wsi, w Wyrozębach, był kościół, była szkoła, był szpital i przedszkole. Wszystko było. Wcześniej do kościoła chodziłam do Paprotni, ale miałam daleko. A tam kościół miałam we wsi. Tak się męża wybierało: żeby było lżej w życiu, nie ciężej. No, ale też ładny chłopak z niego był, nie powiem. Jak Tośka urodziłam, miałam dwadzieścia pięć lat. Późno? A po co to się spieszyć?
Najpierw był dom drewniany, z dwóch stron winogronem porośnięty, więc chłodno, przyjemnie. Ale zrobił się za mały, bo dzieci rosły, a dom nie. Przyjechał kupiec, dom mu się spodobał, rozebrali go, kupili drugi i z dwóch zrobili sobie jeden. I stoi gdzieś, dalej komuś służy. A my pobudowaliśmy nowy.
Oprócz dzieci miałam tatusia na dochowaniu. Pognał któregoś dnia krowy na pastwisko, krowy się poplątały i pal uderzył tatusia w oko, oko wypłynęło. Syn go znalazł na smugu, na łące: „Co się stało tatowi?”. „Nic nie widzę!”. Zabrał ojca do przychodni, do lekarza po skierowanie, a to przecież trzeba było od razu karetkę na pole wzywać, nie po skierowanie jechać. Tatusia do Siedlec zawieźli, po piętrach różnych prowadzali, pantofle pogubił, te pantofle pozbierali i za tatusiem nieśli. Karetka go w końcu zawiozła do Warszawy. Jak się dowiedziałam, że tatusia zabrali, to jakem stała, tak pojechałam szukać go do Siedlec. W jednym szpitalu nie ma, w drugim nie ma. W końcu jakaś doktórka wzięła za telefon i dzwoni po szpitalach. Nie ma! Może do Warszawy zabrali? No to wsiadłam w pociąg i pojechałam do Warszawy szukać tatusia. Tam mi pani doktór mówi: „nie uratowaliśmy oka. Będzie ciemny cały czas”. Bo jedno oko już wcześniej stracił, jak go w wojnę Niemiec batem w twarz uderzył, bo tatusio zboża nie chciał mu oddać… Ze szpitala w Warszawie wypuścili go po dwóch tygodniach, autobusem go przywiozłam do domu, pięć lat jeszcze tatusio żył, ja się nim opiekowałam. Dzieci już na szczęście duże miałam, najmłodsze w podstawówce. Jak w pole musiałam iść, to teściowa albo sąsiadka zaglądały, jeden sąsiad przychodził włosy tatusiowi podcinać. Sąsiadów dobrych miałam. Cały czas dobrze żyjemy, z nikim się nie gniewam, dzwonią do mnie często.
Mąż na co zmarł? Na śmierć. Udarł miał. Szedł od kolegi, przewrócił się pod krzyżem za mostem. Kolega przyjechał rowerem i mówi: „Ty, twój Staszek nie żyje, pod krzyżem leży, za mostem”. Syn wsiadł na rower i pojechał. Zabrali go. Agatka, córka moja, przyjechała z garniturem, kobiety go umyły, ubrały. Mamy kościół w Wyrozębach, mamy cmentarz, to nie trzeba było nigdzie jechać, tuśmy go pochowali, 2020 rok był. A syn zmarł niedawno, 15 kwietnia, właśnie rok mija, drugi udar go wziął. I sama zostałam w tym domu, z tym piecem. Córki się zastanawiały, co ze mną robić. Jedna w Warszawie mieszka, druga w Siedlcach – codziennie dojeżdżać trzydzieści kilometrów w jedną stronę, było jej ciężko. A kto mi w centralnym napali? Przecież sama nie napalę… z wózeczkiem chodzę, a do kotłowni się po schodkach idzie… Można gaz podciągnąć, ale i tak by się córki bały, że sama jestem. Wymyśliły, że kupią mi mieszkanie w Siedlcach. Sprzedały ziemię po bracie, swojej części się zrzekły.