Kiedy pierwszy raz pojechałem do Pragi, wczesną wiosną dwutysięcznego roku, nie było tam zbyt wielu turystów. Miałem przeprowadzić wywiad z Heleną Vondráčkovą w kawiarni Savoy. Mieści się ona za mostem Legii, na granicy Malej Strany i Smíchova. Taksówkarz z dworca naciągnął mnie na duże pieniądze, nie znałem ani słowa po czesku.
Kiedy po tej rozmowie wyszedłem, wracałem pieszo mostem w stronę alei Narodowej. Przede mną puszył się Teatr Narodowy, a po bokach miałem szerokie lustro rzeki. Od razu zapomniałem o taksówkarzu oszuście i szybko poczułem, że właśnie to miasto pozwala mi oddychać, podczas gdy Warszawa ściska za gardło. Miałem wtedy popularną w Polsce twarz i ciągle czułem się kontrolowany. Pamiętam, jak w tramwaju na moście Poniatowskiego pewna pani powiedziała mi, że nie wypada obgryzać paznokci. A za dwa dni byłem w Pradze i nikt mnie nie znał. Nikt.
Poczułem, że to mój azyl, a szybko okazało się, że nawet duchowe sanatorium.
*
Jest takie wyznanie Kafki, na które trafia każdy początkujący pragofil.




