Anka Wandzel

Byle do wiosny

Esej

fot. Anka Wandzel

Przednówek ma kolor gołębi. Jak zachmurzone niebo i wydeptany śnieg. Zgęstniałe od smogu powietrze powleka zimową białość warstwą mlecznej szarości, zza której od czasu do czasu przebija się powoli wiosenny błękit. Złote, rażące słońce. Dzień gęstnieje, przyrasta. Obiecuje sasanki. Ale po miesiącach ciemności nikt mu za bardzo nie wierzy. Zima rozmywa się i traci kontury, ale wciąż się nie roztapia. Przednówek, zamiast zmian, niesie więc tylko tęsknoty. Wypełnia się głodem. Polega na braku.

Być może to dlatego współczesna fenologia, czyli nauka o porach roku, woli od niego przedwiośnie: okres o jasnych konturach i wyraźnej tendencji zwyżkowej, wyznaczony rytmem ociepleń i bulgotem błota. Przedwiośnie to czas przejścia. Przednówek – czas zastoju. Misterium cierpliwości, na które dziś w Polsce stać niemal każdego. Choć przez wieki – jak wiemy nie tylko z dokumentów, ale i z przesądów, przysłów i opowieści – przeżywali je tylko nieliczni.

„Na świętego Marka nie ma co włożyć do garnka”

Trudno wyznaczyć dokładne granice przednówka, ponieważ, jak podkreślają historycy Andrzej Chwalba i Wojciech Harpula, nie definiowały go żadne wyraźne ramy kalendarzowe, lecz doświadczenie „konkretnej rodziny w konkretnym roku”, wynikające nie tylko z położenia społecznego, ale i środowiskowego:

Jedni uważali, że jest to okres od Nowego Roku do pierwszy żniw jęczmienia (stąd nazwa: przedżniwek), inni, że trwał od Świętego Marka (25 kwietnia) (…). Dla niektórych, najbiedniejszych, w dobie epidemii i głodu przednówek następował po Bożym Narodzeniu, kiedy to spiżarnia i stodoła świeciły już pustkami. Były też takie rodziny, dla których przednówek trwał cały roku, gdyż stale brakowało im pożywienia. W źródłach znajdujemy opisy omdleń z głodu podczas pracy latem i jesienią.

Przednówek, określany przez Chwalbę i Harpulę jako cykliczny, „nieuchronny” czas „nędzy i głodu” dla wielu trwał wiecznie. Przynajmniej do połowy XX wieku, niezależnie od wybuchów tyfusu, plag myszy czy jełczenia zapasów, przez kilka miesięcy w roku polska wieś umierała z niedożywienia, karmiąc się lnem, perzem, pokrzywami i lebiodą. Zresztą nie tylko ona – jeszcze w 1916 roku w stołecznej prasie pisano o adaptacji miejskich skwerów i trawników pod uprawy „jarzyn i ogrodowizn” dla głodujących rodzin robotniczych, które rzadko miały co do garnka włożyć, poza zepsutymi ziemniakami.

Z perspektywy współczesnej Europy, gdzie nawet w lutym prężą się w lodówkach importowane borówki wielkości orzechów włoskich, trudno sobie skalę takiego niedoboru wyobrazić. Chyba że gdzieś daleko. W Sudanie czy Gazie – tam, gdzie wyeksportowaliśmy biedę, przemoc, choroby, suszę i inne tragiczne konsekwencje europejskich wyborów politycznych, gospodarczych i środowiskowych. W XXI wieku przednówek zmienia się z kategorii temporalnej we wskaźnik geograficzny.

Ale nie na długo. Spokojnie.

„Co się odwlecze, to nie uciecze”

W rzeczywistości przednówek wcale z naszego kontynentu nie zniknął, tylko stał się udziałem innych gatunków, których losy mało ludzi interesują. A szkoda, bo nasze przetrwanie – a na pewno nasz komfort – jest od dobrostanu tych owadów i roślin zależny.

Aby zrozumieć tę mało spektakularną formę wymierania znanego nam świata, trzeba przyjrzeć się globalnym i lokalnym cyklom fenologicznym, a więc rocznym rytmom życia poszczególnych gatunków, zsynchronizowanych ze sobą nawzajem i dostosowanych do zewnętrznych przemian środowiskowych. Bociany migrują, gdy zaczyna brakować jedzenia. Zapylacze budzą się ze snu zimowego dokładnie w momencie kwitnienia pierwszych wiosennych nowalijek. Kasztanowce zapowiadają swoimi białymi pąkami nadejście majowych matur. I tak co roku.

Przynajmniej w teorii. Bo w praktyce, spowodowane przez człowieka globalne ocieplenie i wywołane nim ekstremalne zjawiska pogodowe, wybijają ekosystemy z rytmu i destabilizują całe misternie zgrane sieci międzygatunkowego współżycia i wymiany. Bociany, zamiast lecieć do niszczonego wojną i głodem Sudanu, wolą zimować na hiszpańskich i łotewskich wysypiskach śmieci. Zdezorientowane zbyt wczesną pobudką trzmiele, wymierają w całej Europie na niespotykaną skalę. Zajęte plagą szrotówka kasztanowce kwitną dwa razy do roku, przez co nie starcza im sił na zwalczanie patogenu. A to i tak zaledwie czubek topniejącej góry lodowej nieodwracalnych, pełznących zmian, wskutek których, jak wylicza w elegijnym eseju „Którędy do wyjścia?” Katarzyna Boni, nie będzie zaraz:

Smaku wanilii. I oliwy.

Codziennej porannej kawy. Trzeba będzie przerzucić się na cykorię. Jeśli będzie cykoria.

Bo na przykład pszenica będzie miała problem.

Tak jak kukurydza.

Nie jestem pewna, co się stanie z jeżami.

A wiem, że mają zniknąć brzozy. Przynajmniej na naszej szerokości geograficznej.

A także sosny, świerki i modrzewie; zapach świąt i zapach lasu. (…)

Wiesz, czego nie będzie?

Czekolady nie będzie.

Ani pomidorów, papryk, bakłażanów, koniczyn, kasztanowców i jagód. Wilków, rysiów, jesiotrów, pingwinów, szympansów, modraszków, tuńczyków. Zimy, przedwiośnia i wiosny.

Tylko nieustanny, wszechobecny przednówek. Pustka. Brudne, zniszczone dziedzictwo. Przeszłość i przyszłość, zlane w jeden, nieodwracalny, dojmujący brak.

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”

Kiedy próbuję sobie wyobrazić ten nowy, przerażający świat, zamiast po dystopijne seriale, sięgam do opowieści Mo Wilde, szkockiej badaczki i zbieraczki, która przez rok zamiast kupować jedzenie, gromadziła i gotowała dary od sezonowej przyrody i społeczności bliższych i dalszych sąsiadów. Powstała w oparciu o to doświadczenie książka, „Dzikość, która uzdrawia” – zapis dobrowolnego eksperymentu, z którego w przeciwieństwie do ponad siedmiuset trzydziestu trzech milionów niedożywionych ludzi na świecie, autorka w każdej chwili mogła zrezygnować. Pełna jest obcych mi potraw. Nie egzotycznych, tylko zapomnianych, odzwyczajonych, wymagających odmiennej wiedzy i nawyków. Pochodzących jakby z innej, choć wciąż lokalnej kuchni.

Gdy Wilde pisze o mydlanej lebiodzie, kwaskowatym rokitniku, gotowanych na parze morszczynach – młodych i sprężystych „jak fasolka szparagowa” – próbuję wyobrazić sobie, jak moje dzieci, wnuki i prawnuki budują z tych smaków poczucie domu i przynależności. Tak różne od tego, które sama odziedziczyłam w spadku i którego zapewne nie przekażę im dalej. Mimo najszczerszych chęci. Moje baby i prababy oraz dzieci i wnuki połączy więc nie wspólnota przepisów, a właśnie przednówek. Doświadczenie strachu i głodu, o którym Wilde opowiada tak:

Na obiad jem mielone mięso z kaczki albo gęsi. Brak pewności wynika z tego, że zapomniałam podpisać pakunek przed włożeniem go do zamrażarki! Potrawę podaję ze smażonymi łodygami pietruszki aleksandryjskiej i czosnkiem niedźwiedzim. Gorycz warzyw i ciągnące się mięso – to musi być gęś – sprawiają, że jem niewiele. Muszę przyznać, że czuję się, jakby uszło ze mnie powietrze. (…) Początek lutego jest przeraźliwie zimny, co oznacza całkowitą klęskę z punktu widzenia zbieraczki. (…) Zajrzałam dziś rano do koszyka z orzechami laskowymi i uświadomiłam sobie najgorsze: moje zapasy się kończą. Przeszywa mnie dreszcz strachu z powodu kurczących się zasobów, które miały wystarczyć co najmniej do końca kwietnia. (…) W zasięgu wzroku nie ma żadnej rośliny. Na śniadanie jem buraka dzikiego i prawdziwki (po raz kolejny) z filetem z dziczyzny i z piklami. Starannie oczyszczam każdą kroplę oleju z marynat, aby wykorzystać ją później do gotowania.

Czytając słowa Wilde, patrzę na stojące w mojej spiżarce rzędy puszek i słoików z kaszą, ciecierzycą, soczewicą, pomidorami, burakami i kiszonkami, i zastanawiam się, jak przyszłe pokolenia wybaczą nam, że nie podzieliłyśmy się z nimi tą obfitością?

(Następnego dnia rano łapię się na tym, że zmęczona i głodna, wzdycham do truskawek, szparagów i bobu, i narzekam na monotonię zimowych śniadań. Choć przecież w rzeczywistości przednówek mnie wcale nie dotyczy. Tak jak zima w ocieplanej Warszawie nie jest tą samą zimą, co w pozbawionym prądu Kijowie).

„Ile posiejesz, tyle zbierzesz”

Paradoks polega na tym, że w przyrodzie przednówek to wcale nie czas oczekiwania, lecz przygotowań. Wspólnej, wytężonej pracy na rzecz lepszej przyszłości: wybudzania, gromadzenia wody, rozwijania liści, przybierania na wadze. Kto ma ogród, ten właśnie teraz zaczyna siać kapustę, jarmuż, cebulę, brokuły i bób na rozsady. Bo rośliny, zanim wykiełkują, potrzebują czasu. Przednówka – chwili na zebranie sił. Przerwy przed nowym. Cieplarnianych warunków.

Jeśli im je odbierzemy – wymuszając szybszy rozrost za pomocą chemicznych sterydów w nieludzkim tempie kapitalistycznej nadprodukcji – zyskamy na czasie i na zarobkach tylko pozornie. Jak doniosła w grudniu brytyjska gazeta „The Guardian”, naukowcy szacują łączny koszt wpływu pestycydów, ftalanów, bisfenoli i tzw. „wiecznych chemikaliów” na ludzkie zdrowie nawet na „2,2 biliona dolarów rocznie, czyli mniej więcej tyle, ile wynoszą roczne zyski 100 największych spółek giełdowych na świecie”. I rachunek ten należałoby jeszcze powiększyć o globalne koszty środowiskowe, bo w imię zwalczania głodu tu i teraz w konkretnych regionach, w rzeczywistości tylko przesuwamy ten głód w przestrzeni i w czasie

Przednówek nie tylko uczy pokory, ale i pierze brudy. Odsłania przywileje.

Byle do wiosny

Odwilż przynosi beże i brązy. Sączącą mżawkę. Lepkie strumienie błota. Spośród topniejących zasp, zamiast krokusów i kaczeńców, wyłaniają się śmieci. Pety, papierki, przegryzione smoczki, pojedyncze rękawiczki. Kupy. Chodniki pokryte grupą skorupą chropowatego piasku w kolorze cukru demerara – cukru z importu. Przednówek nie pozwala zapomnieć, jak bardzo o nasze wspólne środowisko życia nie dbamy.

Ale i przynosi obietnicę zmiany. Dlatego przełom lutego i marca, mimo słoty i pustki, to dobry moment, żeby ocknąć się z zimowego otępienia i zacząć na nowo działać we współpracy ze światem. Założyć kalosze i pójść pobrodzić w kałużach.

fot. Anka Wandzel

Zebrać śmieci spod domu. Oczyścić brudne karmniki, poidełka i budki lęgowe.

Wyjeść zgromadzone w zamrażarce zapasy i podzielić się nadmiarem weków z sąsiadami i przyjaciółmi. Ugotować z Jadłonomii po polsku kwaśnicę, ogórkową i soljankę. Przypomnieć sobie, gdzie wokół domu rosną forsycje (świetne źródło wspierającej odporność rutyny), a gdzie pędy jadalnych chwastów (podagrycznika, czosneczku, pokrzywy). Oddać rower do serwisu.

Zachwycić się rzeźbą poczerniałych krużganków zasp przy przejściach dla pieszych. Poszukać na zalanych trawnikach impresjonistycznych kompozycji jak z obrazów Moneta. Wsłuchać się w koncert rozbudzonej wody: bulgot rynien, staccato mżawki, trzask pękającego pod butami lodu.

Zaplanować rozsiewy. Doglądać sadzonek.

Oswoić cierpliwość i brak.

Odkryć w sobie pokorę.

Docenić niewygodę przednówka i nauczyć się ją znosić – na przyszłość.

 

Bo marzec zapewne znów przyniesie suszę

 

Ten tekst, podobnie jak inne na ir2, publikujemy dzięki wsparciu Patronek i Patronów.

Nie optymalizujemy tekstów pod kątem SEO, nie walczymy o clickbaity i zasięgi. Chcemy być miejscem, w którym można czytać wartościowe reportaże, analizy, wywiady i felietony. Nie zarabiamy na tworzeniu tego serwisu, ale chcemy godnie płacić autorom i autorkom, którzy dla nas piszą. Dlatego jeśli doceniasz naszą pracę, prosimy, rozważ drobne wsparcie naszych wysiłków. Dołączając do naszej społeczności w serwisie Patronite, pomagasz nam tworzyć jakościowe teksty.

Wspieram IR na Patronite

Może Cię zainteresować

Esej
Filip Springer
Lotofagowie z wyspy śmieci

Plastik i wytworzone z niego przedmioty są całkowicie „wchłonięte przez teraźniejszość”. Historia się po nich prześlizguje, nie stworzono ich, by trwały przez tysiąclecia. Ich długowieczność jest kłopotliwym (dziś to wiemy) efektem ubocznym technologii i wygody. Oraz krótkowzroczności.

Wideo
Dyba i Lach
Mur - opowieść trzech kobiet

Dorota Borodaj, Joanna Pawluśkiewicz i Katarzyna Wappa w przejmujących słowach opowiadają o tym czym jest mur dzielący Puszczę Białowieską wzdłuż polsko - białoruskiej granicy. W pierwszym filmowym eseju wyprodukowanym przez serwis www.ir2.info przyglądamy się przyrodniczym, krajobrazowym i społecznym konsekwencjom powstania wielkiego płotu.

Z Fundacji
Polski rząd przed ETPC: doszło do naruszenia swobody wypowiedzi Fundacji Instytut Reportażu

W 2014 roku zorganizowaliśmy przed „Wrzeniem Świata” symboliczną akcję protestacyjną: wylewaliśmy piwo należące do firmy Marka Jakubiaka. W ten sposób Fundacja Instytut Reportażu postanowiła zaprotestować przeciwko publicznym wypowiedziom przedsiębiorcy i polityka. Uznaliśmy je za sprzeczne z wartościami społeczeństwa obywatelskiego oraz nacechowane mową nienawiści wobec osób LGBTQ.

Reportaż
Izabela O'Sullivan
Jakby nad asfaltem unosił się płomień

W 2024 roku na świecie odnotowano prawie dziesięć milionów osób wewnętrznie przesiedlonych w wyniku klęsk żywiołowych. Jak mówi Izabeli O’Sullivan Monika Michalska z UNEP/GRID-Warszawa, w Polsce mamy do czynienia głównie z migracjami adaptacyjnymi. Coraz więcej osób decyduje się na zakup działki poza miastem lub wyprowadzkę z dużych, przegrzewających się latem miast.

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip