Mówiono o niej: „Była Polka”.
Polka, która uważała, że jeden z najszczęśliwszych dni w jej życiu to 17 września 1939 roku, gdy Związek Radziecki napadł na wschodnią Polskę. Twierdziła, że zbrodni w Katyniu dopuścili się Niemcy. Na początku sierpnia 1944 roku przekonywała, że w Warszawie nie wybuchło żadne powstanie. W powszechnej opinii stała się rzeczniczką utworzenia z Polski siedemnastej republiki radzieckiej, zrzekła się polskiego obywatelstwa, została komisarzem politycznym Armii Czerwonej w stopniu pułkownika i weszła do Rady Najwyższej ZSRR. Nie uważała się za emigrantkę ani uciekinierkę, tylko za kogoś, kto „przybył do ojczyzny proletariatu”. Dla większości Polaków Wanda Wasilewska stała się więc symbolem zdrady narodowej.
Byłoby doprawdy wspaniale, gdyby najwięksi zbrodniarze już w dzieciństwie wyrywali muchom skrzydełka. Świat byłby prostszy. Niestety raczej zimą dokarmiali ptaki i marzyli o lepszej przyszłości. Z czasem jednak tak mocno wierzyli we własną, jedyną receptę na poprawę ludzkich losów, że stawali się fanatykami i przechodzili na ciemną stronę mocy. Tak narodzili się Bolesław Bierut i Władysław Gomułka. I taka była historia Wandy Wasilewskiej, jednej z najgorszych postaci polskiej historii XX wieku.
To, co dobre, znajdziemy w jej młodości, w epoce przedwojennej Polski. Czasach sprzed niemal stu lat. Wówczas Wanda była jeszcze socjalistką – choć coraz bardziej skrajną – a nie komunistką. Początkowo reporterką oraz pisarką, a nie działaczką polityczną.
W 1927 roku skończyła polonistykę na UJ, pisała bajki i książki dla dzieci. Do zajmowania się reportażem nakłonił ją przed wojną mąż, „który – jak napisała w hagiografii Wasilewskiej Eleonora Syzdek – uznawszy talent literacki żony, uważał, że powinna go wykorzystać w prowadzonej przez klasę robotniczą walce”.
I rzeczywiście w II Rzeczpospolitej używała reportażu jako środka do pokazywania sytuacji robotników i najbiedniejszych grup społecznych. Najpierw w krakowskim piśmie „Naprzód” (początkowo dwutygodnik, a potem pierwszy na ziemiach polskich socjalistyczny dziennik), a potem w „Robotniku”.
Debiutancki reportaż Wasilewskiej Pod więzienną bramą (1932) opowiadał o robotnikach odsiadujących kary za udział w strajkach i manifestacjach: „Taki świat. Tak. Taki świat, który zna jedno lekarstwo na to, żeby ludzie nie mordowali z głodu – więzienie, który na nędzę dziecka i rozpacz kobiety ma jedną odpowiedź – więzienie”.
Drugi reportaż W sieci (1933) opowiadał o warunkach, w jakich pracują włókniarki: „Poruszają się jak automaty – zabito w nich uczucia, został tylko lęk, żeby nie stracić pracy, żeby móc biegać tu na popuchniętych, obolałych stopach, wiązać, wiązać zerwane nici. Zabito w nich myśl – prędzej, prędzej, bo my przecież na akord”.
Miała fantastyczne, reporterskie ucho. Doskonale oddawała język postaci. Choćby murarzy. Pewnie trochę dzięki temu, że jej drugi mąż, Marian Bogatko, pracował na budowie.
„W baraku włożyć ferszalunek. Schlastane wapnem, białe spodnie, wystrzępiony daszek czapki. Stare buciska. I na robotę. Już postawiony parkan, już chłopi wzięli wykop. Już wybetonowane fundamenty. Teraz odsadzać…
Po jednej szychcie. Anatol na narożniku, wyżej. Od narożnika do narożnika sznur. Do wagi kładzie się szychta za szychtą. Kajfoc pełny po brzegi białą śmietaną wapna. Zanurza się fandla – na równy rząd cegieł wąskim strumieniem leje się wapno”.
To cytat z jej debiutanckiej powieści Oblicze dnia, w którą włożyła fragmenty napisane wcześniej podczas pracy reporterskiej. Marzyła o kolejnych tematach: tekstach o biedaszybach, strajku w kopalni Klimontów, podróży po Związku Radzieckim. Ale zabrakło jej pieniędzy. Reporterskie wyjazdy finansowała z własnej kieszeni. Może dlatego zajęła się prozą obyczajową – powieści są tańsze w pisaniu niż reportaże.