Mariusz Szczygieł
SIEDEM PYTAŃ

Agnieszka Dauksza. Porażkowanie wymaga praktyki

Wywiad

fot. Jakub Włodek

Jesteśmy ucieleśnieniem porażek, nawet jeśli wkładamy ogromny wysiłek w maskowanie ich siły i wszechobecności

Agnieszka Dauksza jest autorką książki Ludzie nieznaczni. Taktyki przetrwania wydanej właśnie przez wydawnictwa Karakter i Słowo/obraz/terytoria

„Można przeżyć, nie mając szans na to, by żyć własnym życiem” – napisała Judith Butler. Agnieszka Dauksza dodaje: „Liberalna opowieść o tym, że każdy jest tak samo ważny i jest kowalem własnego losu, zdyskredytowała się po wielokroć, ale brakuje wciąż innej pozytywnej czy choćby przekonującej kontrnarracji. A gdyby uznać, że w zasadzie każdy może być nieważny, że można wybrać nieważność jako strategię przetrwania? Przynajmniej byłoby to bliższe doświadczeniu większości”.

Jak przetrwać, będąc nieważnym – temu przygląda się autorka tego eseju. Pisze o „kameralnych aktach niezgody”, „bezsilnych aktach oporu”, manifestowanych przez jednostki lub małe grupy, „występujące z pozycji nieznaczności i używające nieznacznych środków”.

Zadaliśmy jej siedem pytań.

Jaka jest różnica między „przegrywem” a człowiekiem „nieznacznym”? 

Pracując nad książką o przetrwaniu i oporze, zdałam sobie sprawę, że brakuje mi określeń dla wykonawców tych działań. Ludzie zbyteczni, zbędni, szarzy, zwykli? Wcale tacy nie są, od dawna miałam trudność z używaniem tych metafor. Chodziło mi o grupy niedominujące, nieuprzywilejowane, osoby nieznaczne, które są aktywne, ale niekoniecznie mają poczucie wpływu na otaczające realia. A jednocześnie takie, które je współtworzą – są sprawcze także wtedy, gdy inni nie dostrzegają czy nie cenią tych działań.

W praktyce mowa więc o większości społecznej. Jednak jak postawić granice między tymi grupami – nieznacznych i znaczących?

Zdałam sobie sprawę, że nieznaczność jest cechą zmienną, przechodnią – zależną od kontekstu, od tego, co inni z nami robią, czego oczekują, jakim próbom nas poddają. Każdy jest lub bywa nieznaczny wobec kogoś lub czegoś, choć oczywiście pozycja i kapitał pozwalają niektórym z większą swobodą odpowiadać na przychodzące przeciwności. Niemniej większość jest w jakiś sposób zależna od innych, uwikłana, świadoma swojej pośledniości czy słabości.

W myśleniu o wyzwaniach współczesności, o tym, jak zmienia się kultura i jak kruszeje model powodzenia, siły i heroiczności, nie sposób było uniknąć konfrontacji z kategorią „przegrywa”. Zwykle bywają tak określane osoby z tak zwanej niższej klasy średniej, zwykle mężczyźni w wieku sugerującym konieczność stabilizacji, a jednocześnie nierokujący, nie spełniający społecznych oczekiwań rozwoju, sukcesu, emancypacji, powodzenia życiowego. Jednocześnie są to osoby, które mają małe pole manewru, nie walczą o siebie – albo nie mają siły, albo pogodziły się ze swoim statusem.

Oczywiście przegraństwo nie jest cechą obiektywną, to wspólnota umacnia nierówności przy użyciu powtarzalnych narzędzi, a zarazem stwarza kategorię tych, którzy rzekomo nie umieją z nich odpowiednio korzystać: nie zarabiają odpowiednio, nie wyglądają, nie radzą sobie w relacjach, nie przynoszą innym większej korzyści.

Niektórzy jednak zaczynają się z kategorią przegrywa identyfikować – uwierzyli, że są do niczego i już zawsze tak będzie, zamykają się w sobie i ewentualnie w gronie tych, którym też nie wychodzi. Zdaje się, że kategoria przegraństwa została tym osobom podsunięta przez algorytmy, koncerny, instytucje jako etykieta konsumencka i polityczna. Jest to narzędzie, które sporej grupie ma dawać pozorną ulgę łatwego rozpoznania swoich problemów i przeglądania się w lustrze tych, którym także „w życiu nie wyszło”.

Zatem etykieta, która powstała na kanwie realnych nierówności społecznych, w praktyce przyczynia się do ich umacniania. Bo za jej pomocą podtrzymywana jest bezsilność, która bywa źródłem żalu, gniewu, zawiści czy resentymentu – a te, jak wiadomo – stają się paliwem do mobilizacji konsumenckiej i politycznej. Łatwiej sterować grupą niezadowolonych, którzy już utożsamili się z nadaną im etykietą, poczuli się raźniej i są podatni na dalsze operacje.

A co z nieznaczącymi? No właśnie, przecież nie wszyscy ci, którzy na co dzień się nie wyróżniają czy nie mają możliwości decydowania o swoich wyborach, stają się przegrywami. To o wiele szersze zjawisko. Piszę więc o ludziach nieznacznych, ale nie chodzi tu o jakąś konkretną grupę czy określony typ.

Jestem zmęczona liberalną opowieścią o tym, że każdy jest tak samo ważny i jest kowalem własnego losu. Szukając jakiejś kontrnarracji, zadałam sobie pytanie: a gdyby uznać, że każdy może być nieważny, że można wybrać nieważność jako strategię oporu i przetrwania? I zdałam sobie sprawę, że byłoby to bliższe doświadczeniu większości.

Poza tym każda (nie)ważność jest relacyjna, funkcjonuje w jakiejś skali odniesień. Ale znowu: nie chodzi o odgórny gest etykietowania innych. Ciekawszy wydaje się gest, który idzie od jednostki, czyli uznanie własnej nieznaczności. Mam tu na myśli potraktowanie siebie jako obiektu nie najwyższej rangi. W dodatku takiego, który funkcjonuje w sieci innych nieznacznych bytów, ludzi i zwierząt. Z pewnością jest wiele sposobów na wyzwalanie się z zewnętrznej presji „ważności” i wyjątkowości. Dla mnie to wiązało się z akceptacją bezsilności – swojej i cudzej – a tego odczucia całe życie bałam się najbardziej. Poza tym kluczowe jest uznanie wzajemnej zależności, zarówno tej pożądanej, jak i trudnej, niekiedy niemal nie do zniesienia. Ale atutów ze świadomie przeżywanej nieznaczności jest więcej: gdy już można się z nią pogodzić, uznać, że jest plastyczna, nośna, potencjalnie wywrotowa, łatwiej też dystansować się od tego, co trudne i wikłające, odmawiać cudzym oczekiwaniom, rezygnować z tego, co wcale nie jest takie ważne. Łatwiej się sprzeciwiać i być krytycznym, ale też być otwartym na własne i cudze błędy. Skoro inni ponoszą porażki, to ja też mogę. I w dodatku mogę to robić we własnym stylu.

„Znaleźć swój styl rezygnacji” to nadać jej znaczenie? Zachować godność?

Nie przesadzałabym z tą godnością. Ona jest ważna, jasne, ale jeśli poczyta się o pochodzeniu tej kategorii, okazuje się, że od początku była odgórnie narzuconym, operacyjnym narzędziem, za pomocą którego sprawowano władzę nielicznych nad ludźmi nieznacznymi. Sugerowałabym więc zachować pewien dystans do „godności” jako zobowiązania. We mnie na przykład podejrzliwość budzą osoby, które za wszelką cenę chcą się zachowywać „godnie” lub które wymuszają godne postępowanie innych. Poza tym co to właściwie znaczy „z godnością”? Według czyjej miary?

W tradycji godność wiązała się z moralnością, koniecznością czy przywilejem reprezentacji określonych postaw i wartości oraz z zobowiązaniem do takich a nie innych działań zgodnych z pełnioną funkcją i hierarchią – bo do tego w teorii były zobowiązane osoby publiczne, „dobrze urodzone” czy piastujące jakiś urząd. Jednak klasy niższe, którym redukowano prawa i przywileje lub wprost ich odmawiano, też były łapane w te sidła: osoby pozbawione godności publicznych miały zachowywać się tak, jak gdyby je pełniły. „Jak gdyby”, czyli wieczny teatr cieni w spektaklu godności.

Zatem godność jest zobowiązaniem, jeszcze jedną formą społeczną, zaś tracenie, porażka rzekomo są bezforemne. Inaczej myślę jednak o poszukiwaniu własnej formy czy stylu porażkowania, sposobu doświadczania go i opowiadania o nim. To może być przygoda poznawania swoich preferencji i limitów, jazda po bandzie cudzych oczekiwań. Jednocześnie sposobność do konfrontacji ze samym sobą, szukania odpowiedzi na pytania o to, jaka jestem, skoro już jestem – dlaczego właśnie tak, w tej a nie innej odsłonie. I na pytanie o to, czy i na ile się w tej formie odnajduję.

Jack Halberstam, autor wspaniałej książki „Przedziwna sztuka porażki”, przekonuje, że szukanie własnego stylu przegrywania, wyrabianie patentu na porażkę, może być ekscytujące i wyzwalające. Trzeba ten proces sprawdzać sobą, ciągle od nowa.

Niemniej polecam tę metodę: nic tak nie wkurza tych, którzy chcą decydować za nas, jak wybór własnej ścieżki. I przyjemność podążania w bliżej niesprecyzowanym kierunku. Nawet jeśli ta droga okaże się równią pochyłą, to przecież nasze życie, nie będzie innego.

Bo umiejętność porażkowania to też gotowość do odmawiania natrętom, selekcji priorytetów, wyboru relacji lub przyzwolenia sobie na ich brak. A skoro ostatecznie i tak wszyscy w jakiejś formie przegrają, bo takie są prawa losu i biologii, skoro tracenie jest nieuniknione, warto spersonalizować ten proces, by czuć się swobodniej.

Niepowodzenie jako cel. Pisze pani: „Żeby niepowodzenie się powiodło, trzeba patrzeć z ukosa na to, co otaczające”… Jestem wychowany tak, żeby unikać niepowodzeń, nawet się do nich nie przyznawać. I to nie jest model z polskiego wczesnego kapitalizmu lat dziewięćdziesiątych, wpojono mi to w PRL-u w latach siedemdziesiątych. Ktoś, kto stawia na niepowodzenia, przez moje pokolenie uważany byłby za zaburzonego, dziwaka, ekscentryka. Czy takie osoby realnie istnieją, czy to jest pani myślowy konstrukt?

Pyta pan, czy takie osoby istnieją, ale przecież – gdy na nas patrzę – to jesteśmy cieleśni, w dodatku dziwni, istniejemy tu i teraz, a z pewnością znajdą się i tacy, którzy wypatrzą u nas jakieś zaburzenia. A mówię o nas, także o panu i o mnie, bo uważam, że i my jesteśmy hybrydami, które łączą w sobie cechy czy dyspozycje, o które pan pyta. Paniczny strach przed niepowodzeniem i mimo to jakaś podskórna dążność do eksperymentu, przekroczenia wyznaczonych granic, dotykania tego, co zostało opisane jako „gorące, nie dotykać”. Robimy to, nawet jeśli przeczuwamy, że skończy się poparzeniem. Są to działania intuicyjne, zew poznawczy. Z tego zwykle jest sporo radości, przygód i nowych pomysłów, ale przecież i niepowodzeń – większych i mniejszych rozczarowań.

Jesteśmy ucieleśnieniem porażek, nawet jeśli wkładamy ogromny wysiłek w maskowanie ich siły i wszechobecności. Jest tak nawet jeśli innym, którzy na nas patrzą, wydaje się, że „o, tym to się udało, wszystko idzie im jak z płatka”. A przecież nie idzie, chodzi o ilość prób, czyli i błędów, zwielokrotnienie podejść. Jednym udaje się lepiej i szybciej – i samo podchodzenie, i maskowanie; innym nie bardzo, porażkę mają wypisaną na czole. Jedyni – ci mniej liczni – mówią o niepowodzeniach śmiało, inni wcale nie chcą o tym procesie opowiadać, bo tak zostali wychowani i ukształtowani.

Dom, szkoła, rodzina, kościół potrafiły i nadal potrafią zohydzić każdą porażkę dziecka i młodej osoby, co – chcemy czy nie – wchodzi w krew i zostaje w krwiobiegu na długo pod postacią wstydu, żalu, zawiści, strachu i smutku, obrzydzenia do samego siebie.

Nie mam złudzeń, nie da się nas uratować, nadal będziemy wyczekiwali tęsknie kolejnego spełnienia, docenienia, dostrzeżenia, sukcesu – z nosami przy szybach jak dzieci wpatrzone w niedostępne dla nich słodycze

Jednak pisząc tę książkę, zdałam sobie sprawę, że szkoda życia i zamiast czekać na zewnętrzne uznanie, „obiektywny” sukces i dopuszczenie do grona pupilów losu, na co spora część z nas poświęca większość czasu i energii, warto po prostu sobie pożyć. Mniej więcej to mam na myśli, kiedy mówię, że kuszące może być zejście z liniowej drogi w pogoni za osiągnięciem konkretnych celów i „progów rozwoju”. I że warto mniej spoglądać na innych, na horyzont społecznych oczekiwań, a częściej patrzeć z ukosa, zbaczać z obranej ścieżki, żeby przekonać się, co widać na poboczach i co słychać gdzie indziej. I jak można się w tym odnaleźć.

Chyba pan przyzna, że zobowiązania, które pan na siebie przyjął w latach 70. i 80., zaś ja przyjęłam w 80. i 90. – np. model grzecznych, posłusznych, zdolnych, rokujących młodych ludzi – choć bardzo się przydały w procesie socjalizacji i na drodze tak zwanego rozwoju zawodowego, to z czasem zaczęły ciążyć, zwyrodniły kręgosłup i sprawiły, że teraz coraz trudniej iść w dawnym tempie. Poza tym ci, którzy nauczyli się programowo unikać niepowodzeń, a zwłaszcza zaczęli je nerwowo ukrywać, są skazani na samotność – sukces przyciąga innych jak lepik, ale gdy jego światło się wyczerpuje, te relacje tracą substancję spajającą. Zostaje się w leju po wielkim sukcesie. I wcale nie jest pewne, czy nadają kolejne.

Czyli niepowodzenie może się udać? To paradoks. Jak pani go rozwiązuje?

Wszystko zależy od tego, jak definiujemy sukces i niepowodzenie. Według czyjej skali i według jakiego odniesienia. Mam wrażenie, że coś, co inni mogą postrzegać jako życiowe fiasko, dla pana czy dla mnie może być podstawą satysfakcjonującego istnienia.

Na przykład można by uznać, że synonimem sukcesu będzie dla kogoś założenie tradycyjnej rodziny, prowadzenie „porządnego” czy „przytulnego” domu, znajomość kilku języków, zdobycie dobrego zawodu i „godnej” pracy z uregulowanym czasem aktywności. Brzmi jak podstawowy pakiet emancypacyjny, ale czy aby dla każdego?

Jestem szczęśliwa, że nie udała mi się żadna z tych sztuk. „Obiektywne” fiasko jest dla mnie źródłem niekończących się niespodzianek i radości. Doszło do tego niby przypadkiem, ale dziś widzę, że było w tym sporo mojej premedytacji i konsekwencji. Po prostu nie umiałabym się odnaleźć w żadnej z tych „obiektywnie” premiowanych ról. Niepowodzenie? Tak, ale jakże fortunne.

Czemu powodzenie w niepowodzeniu nie jest po prostu powodzeniem?

Może nim być, jeśli tylko ktoś ma ochotę, by pozostać przy języku sukcesu. Ale jednak dla lojalności wobec siły porażki wolałabym nie zacierać tych trudnych początków i wcale nie łatwiejszych ciągów dalszych, wyłaniania się tego, co się udaje z odmętów wysiłku, zmęczenia, błędów i niepowodzeń.

Nie chodzi wyłącznie o to, jak widzą nas inni, ale i o wierność samej sobie, o świadomość i pamięć tego, jaką drogę się przeszło. Choć oczywiście ważna jest też kwestia wzoru dla tych, którym notorycznie nie wychodzi – na przykład młodych osób. Jeśli będziemy im pokazywać jedynie krystaliczne punkty naszego powodzenia, zaburzymy rzeczywisty obraz i możemy komuś zrobić krzywdę a z pewnością nie ułatwić akceptacji własnej nieznaczności i bezsilności.

Używa pani określenia „porażkowanie” - co ono znaczy? Przyjmowanie porażki? Zgodę na porażkę? Porażkowanie sugeruje jakiś stan stały albo przynajmniej powtarzający się.

Lubię słowo „porażkowanie”, bo wprowadza nas w świat czynnego oczekiwania na to, co się przydarzy i zarazem świadomego działania, „zarządzania” samą sobą czy samym sobą w czasie i przestrzeni – i to takiego, które stoi w kontrze do obowiązujących konwencji i cudzych oczekiwań. Porażkowanie jest więc dynamicznym stanem podatności i otwartości na niepowodzenie. A ono jest stałym potencjałem – dotyczy to wszystkich, zawsze i wszędzie, nie tylko osób nieznacznych, bo przecież każdemu może powinąć się noga.

Jednak jeśli wyjdziemy poza propagandę sukcesu, będziemy mieć w sobie gotowość na porażek i odwagę wobec nich, to łatwiej będzie na co dzień radzić sobie z presją społecznych zobowiązań. Na przykład realizacją celów, które nam się odgórnie wyznacza i które sami sobie wyznaczamy.

Porażkowanie jest więc dynamicznym stanem podatności i otwartości na niepowodzenie. A ono jest stałym potencjałem – dotyczy to wszystkich, zawsze i wszędzie, nie tylko osób nieznacznych, bo przecież każdemu może powinąć się noga.

Gdy włączam w sobie tryb porażkowania – nie zawsze się to udaje, przyznaję, to też kwestia praktyki – mogę jakoś inaczej, bardziej świadomie, na swoich zasadach uwalniać się od wstydu i strachu przed ocenami, krytyką, odrzuceniem. Porażka zaczyna być wliczana w cenę tej wielkiej gry, którą jest przetrwanie każdego kolejnego dnia. I może zysk nie jest ogromny, ale jakoś inaczej, bardziej satysfakcjonująco się żyje.

A czym są porażkowe akty oporu?

Bywa, że osoby nieznaczne mają dość – nie zgadzają się z tym, co jest im narzucane, uważają, że wydarza się społeczna niesprawiedliwość, są łamane podstawowe prawa, mniejszości nie mogą czuć się bezpiecznie, a większość nie reaguje lub jej działania są niewystarczające. Takie osoby niekiedy decydują się manifestować swoją niezgodę – mimo że są bezsilne wobec ogółu lub skali przeciwności, nie mogą wytrzymać inercji, podejmują się więc kameralnych aktów, które i tak są ryzykowne, bo skupiają na nich uwagę przeciwników, na przykład reprezentantów władzy. Z pełną świadomością dysproporcji środków występują z pozycji nieznaczności. Ich akty bywają dziwne, żenujące, przejmujące, zabawne, frywolne, perwersyjne, jednak niezależnie od przyjętej strategii są wykonywane „na serio”, w sprawie, która wydaje się warta osobistego ryzyka. Najczęściej wybierają równie nieznaczne narzędzia działania: niewiele mogłyby osiągnąć siłą fizyczną czy przemocą. Decydują się więc na akty pokojowe, choć niekoniecznie takie, które zostaną przyjęte ze spokojem przez postronnych. Zwykle chodzi o użycie własnego ciała, głosu i obecności w kontekście, który temu nie sprzyja lub nie przewiduje udziału performerek i performerów bezsilności – choć z moich badań wynika, że jednak częściej do takich wystąpień skłonne są osoby o niedominującej pozycji społecznej, może dlatego więcej piszę w tej książce o kobietach, osobach queer, osobach starszych.

Dobrym przykładem jest „mała tygrysica”, czyli piętnastoletnia Claudette Colvin z Alabamy, która 2 marca 1955 roku, wracając ze szkoły autobusem, odmówiła ustąpienia miejsca białej kobiecie, argumentując że zapłaciła za przejazd i jako czarnej osobie przysługuje jej takie same prawo do miejsca w przestrzeni publicznej. Colvin dosłownie„przykleiła” się do siedzenia, ignorując reakcje świadków, za co postawiono jej zarzuty i aresztowano. Jej akt zainspirował inne działaczki na rzecz praw czarnych kobiet, które wszczęły wielomiesięczny bojkot komunikacji miejskiej w Alabamie. I wygrały – w 1956 roku Sąd Najwyższy orzekł o bezprawności segregacji rasowej w autobusach.

 

Brawura jednostek zwykle nie przynosi jednak tak spektakularnych i stosunkowo szybkich, bezpośrednich rezultatów. Ich działania bywają prześlepiane przez ogół, bagatelizowane, pomijane, wyszydzane lub piętnowane i karane. Nie znaczy to jednak, że te akty bezsilnego oporu nie mają siły nośnej – krew wykonawczyń nie idzie w piach, kropla drąży skałę.

Różne są formy użycia nieznaczności jako paliwa, ale z pewnością do tego repertuaru należą akty szczerej, odważnej mowy, czyli parezji, jak na przykład historyczne wystąpienie Karla Henricha Urlichsa 28 sierpnia 1867 roku, gdy dokonał comingoutu podczas zgromadzenia pięciuset prawników, posłów i bawarskiego księcia – pierwszego publicznego homoseksualnego coming outu w nowoczesnej Europie, o czym szerzej pisze Paul B. Preciado w książce „Mieszkanie na Uranie. Kroniki przeprawy”. Są to też akty obywatelskiego nieposłuszeństwa i akty odmowy lojalności, jak na przykład ratowanie uchodźców na granicy polsko-białoruskiej przez całkiem cywilne osoby – wbrew rozporządzeniom władzy, przeciwko działaniom służb granicznych i niekiedy w kontrze do innych mieszkańców terenów przygranicznych.

Ale do aktów bezsilnego oporu należą też celowe zniknięcia i zacieranie własnych tropów, publiczne okazywanie „brzydkich”, nieadekwatnych emocji, w tym złości, obnażanie cudzych nadużyć i celowe oddziaływanie odczuciem zażenowania – na przykład żenujące kobiece performanse, o których pisze więcej Katarzyna Waligóra. Stosują je choćby dziewczyny z grupy Pussy Riot dokonujące szeregu publicznych interwencji, zwykle wybiegając nago podczas jakiejś imprezy masowej, igrzysk, meczu lub koncertu, i prezentując hasła sprzeciwu, by dosłownie przebić się przez język i obrazy propagandy rosyjskiej, zademonstrować niezgodę na zbrodniczą politykę.

Osoby, które decydują się na takie działania, ryzykują dotychczasową pozycję, tracą resztki poczucia bezpieczeństwa i złudzenie przewidywalnego losu. Mimo wszystko działają, bo nie mogą i nie chcą inaczej. Bezsilny opór prosi się o porażkę, prowokuje ją, ale i korzysta z jej siły. W rezultacie performerki zwykle mają przerąbane, bo są na cenzurowanym instytucji sprawujących władzę, ale i zaczynają być inaczej postrzegane przez własną wspólnotę, stają się dziwnym, niepasującym obiektem. Bohaterki i bohaterowie tej książki wyskakują więc ze wspólnoty niczym korek, choć zwykle i tak ledwo się w niej trzymali. Jeśli jednak spojrzeć na to w innej perspektywie, ich odwaga jest też wyzwalająca, daje poczucie wolności, bo ciało, które raz poszło w opór, przekraczając strach i skrupuły, ma w sobie większą gotowość do kolejnych aktów sprzeciwu. W historii, kulturze współczesnej i sferze publicznej tak naprawdę roi się od przykładów takich działań, ale trzeba zmienić soczewkę, żeby zacząć je dostrzegać i uznawać za znaczące. Jesteśmy dłużnikami tych osób, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo także one kształtowały sferę publiczną i to, co dziś nazywamy wolnością osobistą.

Agnieszka Dauksza „Ludzie nieznaczni. Taktyki przetrwania”

Dokonuje się właśnie zasadnicza zmiana kulturowa. Dominujący przez dekady model sukcesu, produktywności i dążenia do celu ulega erozji, odsłaniając pokłady tego, co słabe, niedoskonałe, nieudane, zwyczajne. W sferze publicznej pojawia się przyzwolenie na okazywanie własnej niemocy i bezsilności. Porażka przestaje wzbudzać wstyd, coraz częściej bywa postrzegana jako jedno z najbardziej powszechnych i zarazem twórczych doświadczeń. Autorka stawia pytania o jego wymiary – jak przegrywać we własnym stylu, czerpać satysfakcję z porażki, ale i jak używać jej do forsowania zmiany społecznej. Zastanawia się nad wywrotowym potencjałem bezsilności, która czerpie siłę z intuicji i niepokoju. W pasjonującym eseju Agnieszka Dauksza przygląda się strategiom oporu i taktykom przetrwania – przewodniczkami w tych poszukiwaniach są performerki, osoby publiczne, artystki, postacie literackie oraz zwierzęta. Na przykład meduzy, które łącząc swoje komórki, wyznaczają trop w dążeniu do „my” przekraczającego wrogość i osobnicze podziały. Autorka pyta, co to znaczy być osobą nieznaczną, i pisze, dlaczego właśnie odczucie tego stanu może pomóc w przetrwaniu wielogatunkowej wspólnoty.
Pomóż nam tworzyć jakościowe treści

Nie optymalizujemy naszych tekstów pod kątem SEO, nie walczymy o clickbaity i zasięgi. Publikujemy teksty i materiały, których brakuje nam w sieci. Właśnie dlatego stworzyliśmy ten serwis. Chcemy być miejscem, w którym możecie przeczytać wartościowe reportaże, analizy, wywiady i felietony. Nie zarabiamy na tworzeniu tego serwisu, ale chcemy godnie płacić autorom i autorkom, którzy dla nas piszą. Dlatego jeśli doceniasz naszą pracę, prosimy, rozważ drobne wsparcie naszych wysiłków. Dołączając do naszej społeczności w serwisie Patronite pomagasz nam tworzyć jakościowe teksty.

Dołącz do społeczności Patronite

Może Cię zainteresować

wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 
wspieraj nas na Patronite
 

Grantor

kpo getLogotypesStrip